Określenie „Polska Myśl Szkoleniowa" używane jest zwykle w kontekście prześmiewczym. Być może to tylko moja leofobia, acz wydaje mi się, że częstotliwość jego występowania zdecydowanie wzrosła w okresie największej popularności szczęśliwie wreszcie zwolnionego eksnarodowego. „PMSz" parskał jeden leoonanista do drugiego i już wszystko było jasne - zgraja niedoucznych, nieokrzesanych pseudotrenerzyn, ślepo zapatrzonych w Talagę, nijak nie dorastających do pięt szkoleniowcowi, który przecież kiedyś prowadził sam Real Madryt. Tymczasem gdyby spojrzeć na rzeczoną PMSz nieco mniej pomarańczowo-zamglonym spojrzeniem, okazuje się, że ma ona tylko jedną, jedyną wadę - tak naprawdę... nie istnieje. Polskim trenerom można - i trzeba! - wiele zarzucać. Nie sposób jednak znaleźć jakichkolwiek merytorycznych przesłanek, które pozwoliłyby - zwłaszcza w sensie szkoleniowym i taktycznym - powrzucać ich do jednego worka. I w zasadzie nic dziwnego. Trudno oczekiwać, by przy dzisiejszym wszechobecnym i wszechpotężnym przepływie informacji, przy mediach pozwalających oglądać futbol właściwie z całego świata, uchowało się coś takiego, jak narodowa myśl szkoleniowa. Nie ma więc PMSz, bo nie ma AMSz, BMSz, CMSz i tak dalej. Ale...
Ale jest HMSz. Holenderska Myśl Szkoleniowa. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Może to wiecznie żywa spuścizna po Rinusie Michelsie, może jednolity system szkolenia w Tulipanowym Królestwie, a może coś zupełnie innego. Tak, czy inaczej, jedno jest pewne, lub co najmniej wysoce prawdopodobne: zatrudnij trenera z Niderlandów, a twój zespół będzie grać - a przynajmniej starać się - tak, jak inne drużyny prowadzone przez holenderskich szkoleniowców. W telegraficznym skrócie ten styl da się scharakteryzować następująco: krótkie podania, płaska czwórka z tyłu (to akurat wszędzie norma), trójka w środku pomocy, para skrzydłowych i jeden wysunięty napastnik. Oczywiście, istnieją zespoły, które będą się w takim schemacie realizować wprost doskonale. Niemniej jest także wiele drużyn, które nigdy się weń dobrze nie zmieszczą, nawet gdyby pchać łokciem, kolanem, international levelem i drewnianą skrzynką. Znacznie bardziej będzie im pasować klasyczne 4-4-2, „skandynawskie" 4-4-1-1, czy cokolwiek bądź innego. Tymczasem można odnieść wrażenie, że dla przedstawicieli HMSz bardziej istotne od gry i wyników drużyny jest wtłoczenie jej w system.
Do ilustracji tej tezy wymyśliłem sobie dwa żywe przykłady. A właściwie zostały one wymyślone przez kogoś innego, ale o tym za chwilę. Pierwszy to - rzecz jasna - Leo Beenhakker, na szczęście były już selekcjoner reprezentacji Polski. Drugi - Louis Van Gaal, wciąż niestety obecny trener Bayernu Monachium. Tylko pozornie są to przykłady od czapy. Owszem, Beenhakker prowadził tylko reprezentację z dolnych rejonów środkowej półki europejskiej, której szczytem marzeń jest zaistnienie na jakiejś wielkiej imprezie. Van Gaal natomiast szefuje czołowemu zespołowi jednej z, było nie było, najsilniejszych lig na świecie, mierzącemu w odzyskanie krajowego prymatu i co najmniej wywołanie solidnego zamieszania w Lidze Mistrzów. Na tym jednak różnice właściwie się kończą, a zaczynają się podobieństwa. Po pierwsze, materiał ludzki, jaki otrzymali obaj szkoleniowcy, nijak nie usprawiedliwia(ł) swą jakością powszechnych oczekiwań sukcesu. Po drugie, za cholerę nie chciał i - w przypadku Bayernu - wciąż nie chce wcisnąć się w 4-3-3.
Podobieństwo pierwsze pozostaje jakby poza strefą wpływów obu Holendrów. W końcu nawet ja, podobno zatwardziały leofob, daleki jestem od obarczania pryka z geriatryka odpowiedzialnością za ogólną mizerię polskich piłkarzy. Trudno także - co w zalinkowanym tekście skrupulatnie podkreśla Gabriele Marcotti - winić Van Gaala na przykład za to, że ktoś w Bawarii uwierzył w ponoć wielki, acz wciąż jeszcze nieodkryty, talent Michaela Rensinga. Niemniej jednak, za zarządzanie tymi kulawymi zasobami jak najbardziej odpowiadają właśnie panowie L.
Jak to wyglądało w przypadku Beenhakkera wszyscy wiemy i chyba nie ma sensu po raz enty tego wałkować. U Van Gaala jest... podobnie. Wskutek zafiksowania trenera na graniu jednym atakującym poza grą pozostają naprawdę nieźli zawodnicy. Bardzo nieźli. Pojawiają się też bawarskie wersje „levelasów" (Braafheid!). Wielce zbliżona jest także niechęć obu szkoleniowców do wzięcia na siebie choćby części odpowiedzialności za mizernie wyniki zespołu.
Marcotti kończy swój wywiad słowami naprawdę wielcy trenerzy nie narzekają na nie posiadanie „swoich" graczy. Znajdują sposób na to, by wygrać czyimiś innymi. Czy to aby nie jest powód, dla którego reprezentacja Oranje, mimo posiadania całych zastępów fenomenalnych piłkarzy, od ponad dwudziestu lat nie potrafi nic wygrać?
A teraz z innej parafii:
Nie wystarczy tylko biegać, lub trochę się starać.
Dawno już nie pisałem nic o Cracovii. Bo i - szczerze mówiąc - nie bardzo wiem, co i jak miałbym napisać. W końcu tytułem „chujnia z grzybnią" obdarwałem już kiedyś pewien tekst, zupełnie o Pasach nie traktujący, trudno mi zatem teraz tę grzybnię rozprzestrzeniać.
Ostatnio jednak trafiłem w sieci na ciekawą wypowiedź odnośnie obecnego stanu mojego ulubionego klubu. Czytam to sobie, czytam, i tak mi się wydaje, że chociaż Piotr Jawor pisze dość interesująco, to dotyka swym tekstem zaledwie części problemu, i to chyba nie tej najistotniejszej.
Pisałem kiedyś o tym, że o ile zeszłosezonowe utrzymanie się Pasów w Ekstraklasie mnie cieszy, tak jego styl już raczej niekoniecznie. Dziś z coraz większą zgrozą uświadamiam sobie, że... może lepiej było spaść. Życzenie degradacji swojej drużynie jest dla kibica niczym własnoręczne wyrywanie sobie serca. Myślę, że każdy, kto nosi jakiś klub pod mostkiem, podzieli tę opinię. Niemniej jednak uważam, że obecne problemy Cracovii w dużej mierze biorą się stąd, że latem zamiast nas poleciał z ligi Bogu ducha winny (a wierzycielom, niestety, pieniądze) Łódzki KS.
Po pierwsze, degradacja mogła by mieć iście katartyczny wpływ nie tylko na drużynę, ale na cały klub. Po drugie, uniknięcie spadku w takich, a nie innych okolicznościach, było zupełnie niepedagogiczne. Ani zarząd, ani zawodnicy, ani kibice (choć może najbardziej), ani w ogóle nikt nie wyciągnął żadnych wniosków z tego, że poprzednie rozgrywki klub zakończył na drugim miejscu od końca. Ponieważ jakoś udało się spuścić ŁKS i poprzez widzewiackie perypetie nie zagrać nawet w barażach, nastąpiło powszechne samozadowolenie poprzetykane kompletnym rozprężeniem. Tymczasem w obecnym sezonie już raczej nikogo poza boiskiem zdegradować się nie uda...
Oczywiście, daleko mi do tego, by życzyć Cracovii spadku w tym sezonie. Mam nadzieję, że jakieś działania uzdrawiające sytuację podjęte zostaną w przerwie zimowej i że nie ograniczą się do tak klinicznych przykładów chciejstwa, jak zatrudnienie Radosława Matusiaka. Wierzę, że piłkarze Pasów zrozumieją wreszcie, że nie wystarczy tylko biegać, lub trochę się starać. I że nie będą musieli im w tym pomagać ani właśni kibice, ani rywale z II, czyli tzw. I ligi.
____________
albiceleste10
Pewnie gdzieś tam sercem jestem za Legią, śledzę jej wyniki w prasie (...) Jestem jej /reprezentacji - przyp. a-c10/ kibicem od dziecka. Gdy chodzi o kluby, kibicuję zespołowi niestety nie polskiemu, bo Bayernowi Monachium. - Filip Gieleciński, rzecznik akcji koniecPZPN.pl
Wypisz-wymaluj janusz. Czyli co, miałem rację? Niestety (!!!) chyba tylko częściowo. Tak przynajmniej wynika z tego tekstu. Od razu zaznaczę, że daleko mi do łykania rewelacji Lisiewicza bez zapojki. Wręcz przeciwnie, starałem się usilnie przefiltrować jego dzieło przez podejrzenia o zwykłą zawiść pracownika medium konkurencyjnego dla „aferzystów", a także odcedzić zdecydowanie zbyt widoczną niechęć autora do Platformy Obywatelskiej. Wciąż jednak mój system ostrzegawczy reaguje przeraźliwym wizgiem i migotaniem wszystkich możliwych czerwonych lampek. Bo mimo, iż treść zalinkowanego artykułu posiada wszelkie cechy teorii spiskowej, to gdy zestawić ją z rzeczywistością, poszczególne elementy układanki zaczynają tworzyć zaskakująco spójną całość.
Czyli co? Wierzyć Lisiewiczowi? Nie wierzyć? Robię z tego oddzielną notkę, bo mam głód opinii. Bo nie wiem.
____________
albiceleste10
Bóg raczy wiedzieć, kiedy to się zaczęło. Osobiście uważam, że początki zarazy, o której za moment, zbiegły się z wybuchem Małyszomanii. To właśnie wtedy istne czeredy ludzi zostały zagorzałymi fanami hopsania na długich deskach, mimo że jeszcze jakiś miesiąc wcześniej telemark kojarzył im się w pierwszej kolejności z Mango Gdynia, a Hannavalda gotowi byli umiejscawiać wśród wirtuozów muzyki klasycznej. Mały Wielki Adaśko wszystko zmienił. No, prawie wszystko. Tzn. owszem, telemark przestał oznaczać zakupy przez kabel, zaś Hannavald z Beethovena bis przeistoczył się w PE No.1, jednakowoż sens całego tego skakania na nartach jak był dla januszów mglisty, tak i takim pozostał.
Trochę Wisły przez Wisłę przepłynęło, forma Małysza poczęła zniżkować, a skoki przestały stanowić dla wirusa wystarczającą pożywkę. Stąd też - jak to wirus - musiał się on zmutować. Przyznać trzeba, że efekty tej mutacji bywały wyjątkowo przyjemne dla oka. Do brzuchato-wąsatych jegomości w okolicach pięćdziesiątki dołączyły o połowę i więcej młodsze niewiasty, które zaczęły wtłaczać swe kształtne biusty w t-shirty z napisem POLSKA, ładne buzie paćkać białą i czerwoną farbą, a z ponętnych ust wydawać okrzyk „raz-dwa-trzy!". Oczywiście, gdyby zapytać owe piękne panie i nieco mniej pięknych panów, dlaczego to niby nie krzyczą „cztery!" ciężko by liczyć na coś więcej, niźli pantomimę pod tytułem „zdziwienie ucieleśnione". Niemniej jednak tak mniej więcej powstało coś, co tu i ówdzie zwie się najlepszą siatkarską publiką na świecie.
Poza walorami wizualnymi janusz siatkarski niewiele różni(ł) się od swego pierwowzoru. Tak samo, jak ten od skoków nie interesuje się specjalnie rozgrywkami krajowymi. Ba! W ogóle tak naprawdę nie interesuje się przebiegiem rozgrywki. Istotne jest to, by się dobrze wylansować, narobić sobie fotek, które można potem z dumą prezentować znajomym, jak się uda, to wskoczyć w kadr telewizyjnej kamery, no i wszem i wobec rozpowiadać jakim to się jest kibicem.
Śmieszne? Nie bardzo. Straszne raczej.
Skoki to ja mam od zawsze w głębokim poważaniu, ale siatkówkę lubię. Nie przez samą w sobie dyscyplinę nawet, a przez naprawdę niezłych ligowych kibiców. Wielu z nich żyje przecież tą grą na co dzień i to od momentu, kiedy Mariusz Wlazły posikiwał w pieluchy, albo w ogóle nie było go wśród życiowych zamiarów jego rodziców. Najbardziej jednak przeraża mnie fakt, że wirus januszostwa znów zmutował i jakiś czas temu rzucił się na piłkę nożną. W zasadzie można to było przewidzieć. W końcu po obejrzeniu iluś tam siatkarskich spotkań nawet największy imbecyl skojarzy - przynajmniej z grubsza - o co w tym sporcie chodzi. A jak skojarzy, przestaje być żywicielem wirusa. Co więcej, januszostwo w futbolu istniało właściwie odkąd tylko pamiętam. Dopóki jednak ograniczało się do wczesnonastoletnich zwykle westchnień pod adresem Manchesteru, albo innej Barcelony, dało się rzecz potraktować ulgowo. Coś jak trądzik. Może i przykre, ale z czasem gruba większość populacji z tego wyrasta. Niestety, od kilku sezonów zaraza zatacza znacznie szersze kręgi.
Typowy piłkarski janusz na piłce zna się tyle o ile (co absolutnie nie przeszkadza mu uznawać się za wielkiego kibica). Polskiej ligi nie ogląda, bo tam bandyterka na trybunach i żenada na boisku (nie żeby to kiedykolwiek naocznie sprawdził). Ogląda, a jakże, mecze swej, heh, ukochanej drużyny z zachodu, ale wyłącznie w telewizji, bo to lepsze, niż na stadionie (tego też nie raczył przetestować). Aha, lepsze dlatego, że można sobie piweczko strzelić (ale w obronie nowej ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych gardłować należy zajadle). Ostoją do niedawna pozostawała dlań kadra. No bo to i sukcesy ostatnio bywały (dwa awanse na Mundiale, a przede wszystkim historyczny wyjazd na Euro), i szef z roboty wycieczkę zorganizuje, więc stać w kolejce po bilety nie trzeba, i selekcjoner taki fajny był, zagramaniczny, kudy tam do niego naszym patałachom... Słowem: żyć, nie umierać. Leło, leło, Polskaaa Biało-Czerwoniii i pomarańczowe wstążeczki.
I oto stał się koniec. Wraży prezes Lato zwolnił kochanego Leosia. Rzecz jasna, janusze od dawien dawna wiedzieli, że pezetpeen to źródło zła wszelkiego, siedziba szatana na ziemi. Mocno darli się, coby każdy następny rząd zrobił wreszcie z tym tałatajstwem porządek (co nie przeszkadzało im przy każdej innej okazji wylewać - często zresztą zasłużone - kubły pomyj na głowy zmieniających się gabinetów). No ale teraz to już kompletne przegięcie nastąpiło. Że zwolnić śmiał - to raz. A dwa - w jaki sposób! W telewizji! Przecież gdyby zrobił to jakąkolwiek inną metodą, janusze ani by się połapali. Nastałby nowy narodowy, a oni dalej bełkotaliby to swoje „leło, leło!"
Tego już było januszom aż nadto. „Lełonum veto!" krzyczą, „bojkot!" Nie żeby zamierzali tak, czy inaczej mecze z Czechami i Słowacją oglądać (nic już nie mówiąc o wyjeździe do Pragi i Chorzowa). Szans na awans brak, fety nie będzie, smutne fotki głupio znajomym pokazywać. No i jak tu krzyczeć leło, jak leło licho wzięło? A że przypadkiem można to całe zamieszanie owinąć w sztandar słusznej sprawy, to dlaczego nie, prawda? Zatem się janusze skrzyknęli, stronkę w sieci założyli i będą protestować.
Że to nic nie da? Nie da. Ale ego spuchnie. Co najmniej tak samo, jak po rekordach Małysza i medalach złotych chłopców Lozano.
____________
albiceleste10
Kiedy selekcjonerem reprezentacji Polski był jeszcze pewien potyrpany dziadziunio, zdarzało mu się dość regularnie wygadywać piętrowe wręcz farmazony. Pamiętamy te wszystkie kwestie o konieczności posiadania piłki, sześciu ofensywnych zawodnikach w składzie, przechodzeniu na jasną stronę Księżyca, międzynarodowym poziomie odnalezionym ponoć u Michała Pazdana etc., etc., prawda? Otumanieni wyznawcy dziadziunia spijali owe brednie z jego ust jak sromotny alkoholik niedopitą wódkę z kieliszków. A ja nie mogłem się pozbyć wrażenia - i wielokrotnie o tym tu i ówdzie pisałem - że gdyby z podobnymi rewelacjami wystartował przedstawiciel osławionej PMSz, jakiś Wieczorek, czy inny (heh) Majewski, to z miejsca zostałby rzęsiście obśmiany.
Żeby nie było, lubię Supergiganta. Uważam go za sympatyczną miejscówkę, a jego Autorów za jednych z najlepszych blogerów na polskiej scenie. Tym bardziej jednak czuję się zażenowany.
pees.
Znikam na ykend.
____________
albiceleste10
Na świecie to się kręci sporo filmów o piłce. Jedne lepsze, drugie gorsze, ale są. A w Polsce mieliśmy tylko „Piłkarskiego Pokera", który w dodatku parę lat temu się zdezaktualizował. No bo przecież Odlew Poznań nie jest już zamieszany w żadne układy. Na całe szczęście łaskawy los wynagrodził nam lenistwo filmowców i od jakiegoś czasu produkuje się u nas serial pt. „Wiódł ślepy kulawego". Kanwą tej produkcji są próby uzdrawiania chorego polskiego futbolu przez jeszcze bardziej chorą politykę. W zasadzie można by się spodziewać, że historia oparta na takim materiale będzie dość mocno intrygująca i dostarczy wielu silnych wrażeń. I rzeczywiście, z początku tak właśnie było. Później jednak poziom zaczął się drastycznie obniżać. Tak, że dziś zupełnie na miejscu wydaje się być pytanie:
Czy ten serial sięgnął już dna?
Pierwszy sezon, kręcony w realiach wciąż świeżego polskiego kapitalizmu, miał wszystko, czego tak naprawdę potrzeba. Było trzęsienie ziemi, był Dziurassic Park, był minister* o aparycji gangstera (jak się później okazało, nie tylko aparycji). Dziś pewnie odebrałbym to inaczej, ale wtedy, w dziewięćdziesiątym ósmym, moje nastoletnie wówczas oczy i uszy chłonęły aurę gwałtownych, romantycznych przemian w piekielnie dla mnie istotnej dziedzinie życia. W końcu tylko Dębskiemu udało się uskutecznić użytkowy wymiar wywołanego zamieszania i pośrednio (?) doprowadzić do końca rządów Mariana Dziurowicza na Miodowej. Wreszcie, cała historia miała mrożący krew w żyłach finał z udziałem prawdziwej femme fatale i jeszcze bardziej prawdziwą strzelaniną. Oczywiście, walor użytkowy można dziś śmiało kwestionować. Nie da się przecież jednoznacznie stwierdzić, w czym to niby Kraina Leśnych Dziadów okazała się lepsza od Dziurolandu. Można także zarzucić scenariuszowi pewne dłużyzny i niekonsekwencje. W końcu Dębski nie został poczęstowany ołowiem za uzdrowicielską działalność w PZPN, ani nawet w bezpośrednim z nią związku. Co najistotniejsze, dałoby się zarzucić Dębskiemu, że to jego klątwa kładzie się tragicznym cieniem na losach wszystkich reformatorów rodzimej kopanej. Niemniej jednak w porównaniu z kontynuacjami sezon pierwszy wydaje się zupełnie przyzwoitą produkcją.
W Holiłódzie mawia się - a, jak by na to nie patrzeć, trochę się tam na rzeczy znają - że sequel never equals. Niestety, scenarzyści naszego serialu niezbyt się tą maksymą przejęli. Wydaje się to dosyć dziwne, zwłaszcza dlatego, że w ciągu kilku lat, jakie dzielą sezon pierwszy i drugi, sporo się nad Wisłą i w okolicach pozmieniało. Na ministerialnym stołku gangstera zastąpił facet pozbawiony nie tylko charyzmy, ale - co chyba ważniejsze - moralnej legitymacji do jakichkolwiek działań przeciwprzekrętowych. Wczesny kapitalizm zastąpiła absurdalna sceneria IV RP. Kontekst polityczny wystawał zza każdej sceny, toteż łatwo było przewidzieć, że sezon drugi skończy się klapą. I tak też się stało. Akcja była krótka i nieskomplikowana, a mimo to nużąca niczym przemówienia miłościwie nam panującego. Wymiar użytkowy ograniczył się do wywołania ropuszego rechotu u czarnych charakterów. Choć twórcom serialu trzeba oddać - to chyba ta misja w mediach publicznych - że chroniąc młodzież przed brutalnością nie uśmiercili głównego bohatera, a jedynie wysłali go do aresztu, trudno było się spodziewać, że przerwana w taki sposób produkcja doczeka się kontynuacji.
A jednak kontynuacja nastąpiła i to zaskakująco wcześnie. Artystom z bożej łaski należy się tu bura za kompletny analfabetyzm marketingowy. Jak to tak? Bez żadnej kampanii, najlichszego billboardziku, bęc-i-już? Mimo to sezon trzeci mógł się paradoksalnie okazać sukcesem. Precyzyjniej: mógłby, gdyby Louis de Funes jeszcze żył i wcielił się w rolę ministra Drzewieckiego. Niestety, tę rolę zagrał Drzewiecki we własnej osobie. Sprawiedliwość należy zwrócić panom Tomczakowi i Zawłockiemu. Naprawdę ze wszystkich sił starali się, aby aspekt komediowy nie przeszedł niezauważony. Niestety, nawet tak wybitni specjaliści od robienia z siebie idiotów nie zdołali uchronić sezonu trzeciego przed kompletną kompromitacją. Miał jeszcze swoją szansę Donald Tusk. Mógł zdjąć szopkę z anteny i cichcem ukręcić jej łeb skazując Drzewieckiego na polityczny niebyt. Ale z tej szansy nie skorzystał i dlatego Jego Ekscelencja, który rad by wielce od wszystkiego wykręcać się orlikowym sianem, najprawdopodobniej powieli los Lipca. Szkoda, że nie Dębskiego. Przynajmniej byłoby jakieś bum na koniec.
Ciąg dalszy nastąpi? Raczej tak. W końcu gawiedź, niepomna na lichy poziom przedstawienia, już od jakiegoś czasu domaga się kontynuacji...
-----
* No dobra, wiem, tylko szef UKFiT, ale na jedno wychodzi.
____________
albiceleste10
Zanim jeszcze dowiedziałem się, komu przypadnie zaszczyt organizacji Letnich Igrzysk Olimpijskich 2016, poprzez bloga Łukasza Ceglińskiego trafiłem na tekst ESPN'owskiego felietonisty Jima Caple'a. I to właśnie ten tekst, a nie - z całym szacunkiem dla boskiego Rio - stanowi dla mnie olimpijskie wydarzenie dnia.
W zasadzie mało to dziwne. Wybór miasta-gospodarza IO był mi kompletnie obojętny. Nie czuję się w żaden sposób związany z żadnym z kandydatów. Nie sądzę także, abym za siedem lat miał spędzić trzy tygodnie gdzieś w świecie emocjonując się oglądanymi z bliska olimpijskimi zmaganiami. Nie dlatego nawet, że mnie nie stać. W końcu gdyby padło na Madryt, to w zasadzie dałoby się to jakoś zorganizować. Tylko... po co?
Caple prezentuje kilka bardzo sensownych argumentów za lokalizacją Igrzysk na stałe w jednym miejscu, jak choćby brak konieczności budowania coraz to nowych obiektów, z którymi potem nie bardzo wiadomo co zrobić. Przede wszystkim jednak zwraca uwagę na coś, co mnie osobiście od dawna od Olimpiady odrzuca. Rozumiem, że na pewnym poziomie nie da się uciec od polityki. Stąd też nie mam nic przeciwko temu, by polityka bywała czasem dodatkiem do sportu. Nie pasuje mi natomiast wielce sytuacja, w której to sport - i to ten największy, olimpijski! - jest li tylko mało znaczącym dodatkiem do polityki. Nie chcę się zastanawiać, czy odpadnięcie Chicago już w pierwszej turze głosowania stanowi „fangę świata w amerykański nos". Guzik mnie to interesuje. Nie zamierzam roztrząsać, czy zeszłoroczne Igrzyska w Pekinie stanowiły krok na drodze Państwa Środka ku cywilizacji Zachodu, czy też może odwrotnie, pogorszyły los uciskanych Tybetańczyków. Dobra, los uciskanych Tybetańczyków interesuje mnie bardziej, niż guzik. Ale... nie w tym kontekście. Nie uważam po prostu, aby Igrzyska Olimpijskie powinny być fangą, krokiem, reklamą Coca-Coli, czy czymkolwiek bądź innym, niż... Igrzyskami Olimpijskimi. Dlatego też - utopijna niestety - perspektywa coczteroletniej Olimpiady w Atenach, na którą po prostu zjeżdżają się najlepsi sportowcy na świecie i dają z siebie wszystko wielce do mnie przemawia.
Chociaż z tymi najlepszymi to też jest złożona kwestia. Pośród ogólnych przemyśleń na temat Igrzysk wróciły mi stare refleksje na temat olimpijskiego turnieju piłkarskiego. Powiedzmy sobie otwarcie: futbol jest jednym z tych sportów, którym Olimpiada w obecnej formie potrzebna jest jak łysemu papiloty. Oczywiście, dwa ostatnie złota dla Albicelestes bardzo mnie cieszą. Nie są jednak w stanie przysłonić faktu, że w piłce nożnej - w przeciwieństwie do wielu innych gier zespołowych - mundial, czempionaty kontynentalne, czy topowe rozgrywki klubowe znacznie przewyższają swym prestiżem IO. Sytuacji nie poprawia fatalny format olimpijskiego turnieju, bezsensowna cezura wiekowa czyniąca zeń coś na kształt mistrzostw świata U23. A i to nie do końca, bo z jednej strony można sobie dobrać do kadry trzech zawodników starszych (dlaczego trzech, a nie jednego, pięciu, czy dwunastu?). Z drugiej - najlepsi dwudziestotrzylatkowie często mają Igrzyska w głębokim poważaniu i koncentrują się na występach w dorosłych reprezentacjach oraz w klubach, które swoją drogą bardzo niechętnym okiem spozierają na wyjazdy swych graczy na mało istotny turniej.
Futbol jest bodaj najpopularniejszym sportem na świecie, więc kompletne usunięcie go z programu Igrzysk raczej nie wchodzi w grę. Coś by się jednak przydało zrobić, aby olimpijski turniej piłkarski nieco uatrakcyjnić. Tym czymś mógłby wg. mnie być - i tu tak nieco w duchu Caple'owskiego wracania do korzeni będzie - powrót do całkowitego amatorstwa. Dajmy sobie spokój z nonsensownymi limitami wiekowymi. Moim zdaniem jedyny warunek, jaki powinien spełniać piłkarz jadący na Olimpiadę to brak jakiegokolwiek kontraktu na świadczenie profesjonalnych usług piłkarskich w dotychczasowej karierze.
Zdaję sobie sprawę, że na pierwszy rzut oka idea wygląda co najmniej dziwacznie. Ale gdyby się głębiej zastanowić? Zamiast wciąż tych samych graczy, których i tak możemy oglądać 24/7 przez cały rok, podziwialibyśmy zmagania everymanów, wyselekcjonowanych przez trenera (też amatora!) w czteroletnim okresie między Igrzyskami spośród ludzi, którzy piłkę kopią ot, tak sobie, dla zabawy. Dla wielu profesjonalistów udział w Olimpiadzie nie przedstawia praktycznie żadnej wartości. Dla amatorów byłaby to impreza życia, niepowtarzalna szansa na zaistnienie w wielkim świecie. Że poziom byłby nie ten? A obecnie to niby jest jakiś niebotyczny? Dodatkową atrakcję stanowi zupełnie realna możliwość kompletnego przetasowania futbolowej hierarchii, przynajmniej na tym małym, olimpijskim odcinku. Bo skąd wiadomo, że najlepszych everymanów nie ma np. Białoruś? Albo Nowa Zelandia? A przede wszystkim - nie chcielibyście sami? Przecież na takich Igrzyskach - przynajmniej teoretycznie - mógłby zagrać każdy z nas...
____________
albiceleste10
niedziela, 21 marca 2010
Licznik odwiedzin: 10479
| « październik » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | |||
| 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 |
| 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 |
| 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 |
| 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | |
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Mocno subiektywne przemyślenia. Najczęściej nieuczesane. Zwykle o sporcie, zwłaszcza o futbolu.