Szesnaście. Tyle Pucharów Europy zgromadziły do spółki Real Madrid Club de Futbol i Associazione Calcio Milan. Już wiadomo, że po tym sezonie więcej ich nie będzie. Oba kluby nie dorzucą też nic do swej puli krajowych pucharów (odpowiednio siedemnaście i pięć w dotychczasowym dorobku). Oczywiście, Królewscy prowadzą w La Liga i są na dobrej drodze do trzydziestego drugiego tytułu Mistrzów Hiszpanii, a i Czerwonoczarni posiadają jeszcze jakieś tam szanse na osiemnaste Scudetto. Niemniej i jedni, i drudzy mogą śmiało spisać bieżący sezon na straty. W końcu projekt Galacticos 2.0 nie powstał po to, by wygrywać na własnym podwórku. Co zaś się tyczy szans Milanu na krajowy prymat, to „jakieś tam" = „śmiesznie małe".
OK., gdyby chodziło tylko o ten sezon, można by spokojnie machnąć ręką. Raz się wygrywa, raz nie. Trudno jednak nie zauważyć, że zmierzch dwóch najbardziej utytułowanych klubów Europy przybiera postać trwałej tendencji. Do tego stopnia, że wylosowanie Realu/Milanu w Lidze Mistrzów powoli przestaje być dopustem bożym, a staje się szczęśliwym trafem. Dlaczego? Można niby podnieść argument, że konkurencja nie śpi. Tyle tylko, że różne Arsenale i Lyony dalej trzęsą portkami przed Man Utd, czy Barceloną. Natomiast omawianym niegdysiejszym gigantom śmiało spoglądają prosto w twarz. Da się także podnieść kwestię spadku ogólnego znaczenia Primera Division i Serie A. Tyle, że ten argument jest kompletnie bezpodstawny. Osłabienie ligi hiszpańskiej jest po pierwsze trudne do udowodnienia, po drugie zupełnie nie przeszkodziło Barcelonie w usadowieniu się na szczycie kontynentalnej hierarchii. Podobnie, jak generalny kryzys calcio, trwający już dobrze z naście lat, nie wadził Milanowi w dotarciu do trzech finałów (w tym dwóch zwycięskich) Ligi Mistrzów na przestrzeni ostatniej dekady. Wydaje się zatem, że przyczyn niepowodzeń tak madrytczyków, jak i mediolańczyków należy upatrywać wewnątrz samych klubów. I tu pierwszym czynnikiem, jaki rzuca się w oczy, jest
Klątwa Morientesa
Czytam na sportowo-blondynkowo, że (działacze Realu?) Zrobili wszystko, co było w ich mocy, by podbić Europę. Czytam, a oczy mi się robią wielkie jak okrągła wieża w Kopenhadze. Bo wg. mnie Real od lat z maniakalnym uporem robi właśnie wszystko, co tylko się da, aby tej Europy przypadkiem nie zawojować.
Koniec pierwszych Galacticos utożsamia się powszechnie z odejściem Claude'a Makelele, któremu klub nie chciał zaoferować podwyżki. Mnie jednak bardziej symptomatyczne wydaje się bezceremonialnie wypchnięcie z Madrytu Fernando Morientesa. Moro nie był wychowankiem klubu. Karierę zaczynał w Albacete, a przed Madrytem była jeszcze Saragossa. Był jednak na Santiago Bernabeu postacią znaną, szanowaną, utożsamianą i utożsamiającą się z klubem. Co więcej, u progu sezonu 2003/4 należał do ścisłej czołówki światowych snajperów, legitymował się fenomenalnym bilansem reprezentacyjnym i - co być może najistotniejsze - tworzył z Raulem świetną parę w ataku. Nic to. Musiał odejść, bo był za mało galaktyczny. Bo nie kosztował astronomicznych pieniędzy i nie generował ich poprzez sprzedaż koszulek. Bo choć nie był odeń gorszym piłkarzem, musiał zrobić miejsce dla Ronaldo (tego prawdziwego), który wszystkie te wymogi jak najbardziej spełniał. Oczywiście, gdy Morientes pakował walizki, nikomu - łącznie pewnie z nim samym - przez myśl nie przeszło, że za kilka miesięcy to właśnie ten zawodnik walnie przyczyni się do wyeliminowania madryckiego giganta przez klubik z Księstwa. Niestety, gdy już tak się stało, nikt też nie wpadł na to, aby z tej upokarzającej dla Królewskich lekcji wyciągnąć jakieś pozytywne wnioski: postawić na graczy, którzy może nie kosztowali krokodyliona euro, ale za to gotowi byliby za klub oddać nerkę, płuco i kilogram szpiku. Dać im trenera obdarzonego zaufaniem, pozbawionego poczucia, że jego dni były policzone już w momencie podpisania kontraktu. Zrozumieć, że aby wygrywać pięknie, trzeba najpierw w ogóle wygrywać. Etc., etc. Ale po co, skoro można na opak?
Od tamtego pamiętnego sezonu przez Bernabeu przewinęły się całe tabuny graczy nie dających żadnych nadziei na sukces, a często wręcz gwarantujących spektakularną wywrotkę. Obecnego - jak długo jeszcze? - szkoleniowca Królewskich, Manuela Pellegriniego, dzieli od Carlosa Queirosa, który przegrywał z Monaco, siedmiu trenerów. To nie jest modus operandi poważnego klubu piłkarskiego. To styl działania straganiarza-satrapy w typie Józefa Wojciechowskiego, który absolutnie nie przystoi firmie z taką tradycją, jak Real. Co ciekawe, pośród tych siedmiu trenerów drużyny, która to podobnież ma grać pięknie, znalazł się m.in. Fabio Capello, arcyspecjalista od chirurgicznych zwycięstw. Real zatrudnił go, by - mimo Mistrzostwa kraju! - po roku zwolnić i zastąpić... jego gorszą kopią, Berndem Schusterem. Gdzie tu sens, gdzie logika?
Po pięciu latach podobnej szarpaniny nastąpił wieli powrót Florentino Pereza, który z miejsca uwikłał się w iście tragiczny konflikt. Jeśli założyć - bo i dlaczego nie? - że Don Floro naprawdę kocha Real i jego podstawowym celem jest dobro klubu, to oczywiście musiał ponownie zostać jego prezydentem. Nie było innej drogi, by to osiągnąć, jak tylko obietnice wielkich transferów. A skoro obiecał, cóż, verbum nobile debet esse stabile. I tutaj właśnie nastąpił pat. Nie da się, po prostu się nie da zrobić drużyny ze zlepku gwiazd. A na pewno nie można tego osiągnąć tak na hop-siup, w przeciągu ledwie kilku tygodni, czy nawet miesięcy. Ale nie da się też ukryć, że wbrew spotykanym tu i ówdzie opiniom, Galacticos 2.0 są projektem na lata. Nie. Nie płaci się ćwierć miliarda euro za coś, co ma przynieść owoce w bliżej nieokreślonej przyszłości. To miało zacząć działać od razu. Miało, ale nie mogło.
Pozornie problem jest rozdmuchany. Wystarczy przecież włączyć rozsądek i dojść do wniosku, że porażka z Lyonem niewiele znaczy. Że tak naprawdę jedyne, czego potrzebuje obecnie Real, to czas i cierpliwość. Tyle tylko, że równie dobrze można by stwierdzić, że jedyne, czego potrzebuje mój poczciwy, rodzinny kombiak, by stać się spasioną, sportową bryką, to trzykrotnie większy silnik i tyłek w stylu coupe. Mimo to Rafał Stec, którego analiza natchnęła mnie do napisania tego tekstu, utrzymuje, że to właśnie Królewscy mogą spoglądać w przyszłość z optymizmem. Bo mają graczy, którzy jeszcze przez długie lata mogą się utrzymywać na szczycie, podczas gdy skład Milanu stanowią w ogromnej większości zawodnicy gruuubo po trzydziestce. Niby racja, tyle, że Milan to raczej wysokiej klasy
Dom Spokojnej Starości
aniżeli przesiąknięte trupim odorem hospicjum. Kryzys Rossonerich jest po pierwsze krótszy. W przeciągu ostatnich sześciu lat, podczas których Blancos rozbijali się o 1/8 finału Champions League, Milaniści trzykrotnie docierali do półfinału tych rozgrywek. Urodziły się z tego dwa finały i jeden ostateczny triumf. Niżej od madrytczyków lombardyjscy staruszkowie byli w tym okresie zaledwie raz - w zeszłym sezonie, kiedy to w ogóle zabrakło ich w Lidze Mistrzów.
Po drugie, o ile Real cierpi z powodu makabrycznego przeinwestowania, Milan na odwrót, pada ofiarą własnego skąpstwa. To wbrew pozorom dobrze. Oczywiście, można sarkać na to, że owo skąpstwo wynika w głównej mierze z politycznych kalkulacji Silvio Berlusconiego, któremu w obecnym klimacie ekonomicznych zwyczajnie zaszkodziłoby patronowanie klubowi szastającemu milionami. Niemniej, rzeczony klimat nie pozostaje bez echa nie tylko w otoczeniu włoskiego rządu, ale także w kręgach uefowskich oficjeli. W związku z czym, już wkrótce może się okazać, że finansowanie transferów megagwiazd funduszami wziętymi z kredytu żyrowanego przez koronowane głowy, bądź sprzedaży terenów miastu po wyjątkowo okazyjnych cenach straci rację bytu. A wtedy siła ekonomiczna drastycznie oszczędnego Milanu będzie nie w kij dmuchał.
Co więcej, od dawna niby wiadomo, że skład Rossonerich wymaga bardzo gruntownej przebudowy. Ale właśnie dlatego ta przebudowa się nie dokonuje, przynajmniej nie w sposób inwazyjno-hipertransferowy. Gdyby nawet Don Silvio zezwolił Milanowi na megazakupy - co z tego? Jak pokazuje przykład z Madrytu - nie tędy droga.
Oczywiście, porażka 2:7 w dwumeczu boli. Nawet, jeśli odniesiona z Man Utd (swoją drogą, ukłony w pas za fenomenalny rewanż). Ale, jak z uśmiechem na twarzy powtarza moja dziewięćdziesięciopięcioletnia babcia, starość nie radość i czasem poboleć po prostu musi.
Jeżeli jeszcze się nie rozliczyliście z fiskusem i nie macie pojęcia, komu podarować swój jeden procent, No właśnie! nawet w takich sprawach służy pomocą. OK., to teraz poważniej: byłem dziś u swojego kuzynostwa. Spotkałem tam ich kolegę i dostałem od niego ulotkę. Właściwie powinienem ją tutaj zamieścić, ale a. nie umiem (tak, jestem komputerowym osiołkiem), b. zepsuł mi się skaner, a nie chcę czekać do pojutrza, kiedy to będę mógł skorzystać z pracowego. Treść ulotki leci tak:
POMÓŻMY DANIELOWI
W drugim roku życia DANIELA GOSZKOWSKIEGO zdiagnozowano u niego autyzm wczesnodziecięcy. Dzięki staraniom i zaangażowaniu rodziny i przyjaciół przez ostatnie osiem lat Daniel mógł uczestniczyć w zabiegach rehabilitacyjnych i rewalidacji. Dziś Daniel uczęszcza do trzeciej klasy integracyjnej Szkoły Podstawowej nr 5 w Łomży. W dalszym ciągu wymaga szczególnej troski i pracy nad rozwojem intelektualnym i w sferze życia codziennego (zachowania społeczne, poznawcze). Dzięki uprzejmości FUNDACJI DZIECIOM Zdążyć z Pomocą środki zgromadzone na subkoncie Daniela pozwolą na dalszą efektywną rehabilitację.
Jeśli chcesz wspomóc nasze starania, przekaż Danielowi
1%
swojego podatku.
Organizacja Pożytku Publicznego
FUNDACJA DZIECIOM Zdążyć z Pomocą, KRS: 0000037904
w rubryce Informacje Uzupełniające jako cel 1% należy wpisać
Daniel Goszkowski
Możesz również przekazać darowiznę na konto
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
tytułem: darowizna na leczenie i rehabilitację Goszkowski Daniel
Dzięki Tobie świat Daniela może stać się kolorowy!
Serdecznie dziękuję za każdy życzliwy gest.
Tata Daniela (tel 504868944)
FUNDACJA DZIECIOM Zdążyć z Pomocą
ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa
tel.: 228338888, e-mail: fundacja@dzieciom.pl, www.dzieciom.pl, KRS: 0000037904, NIP: 118-14-28-385
Dobra. Wiem, że jesteście wprost bombardowani przez najprzeróżniejsze organizacje, które ochoczo przytuliłyby Wasz procencik. Zdaję tez sobie sprawę, że temat tej notki, jej treść i charakter daleko odbiegają od zwykłych blogowych pogaduch i że części z Was to, co właśnie robię, może się wydać nieeleganckie. Z góry przepraszam. Niemniej, wiem też, że facet, który dał mi tę ulotkę - widziałem go dzisiaj po raz pierwszy w życiu, wiem od kuzynostwa - naprawdę samotnie wychowuje dwójkę dzieci. Wiem także, że mam ogromny dług u kogoś-tam-na-górze za to, że moje dzieciaki są (tfu-tfu!) w miarę zdrowe. A mogło być zupełnie inaczej. Dlatego też zamierzam pomóc tak naprawdę zupełnie obcemu sobie chłopakowi. I być może po głupiemu, ale liczę na to, że jakimś ślepym fuksem ktoś z Was pójdzie moim śladem.
Capello jest wielki. Kto twierdzi inaczej, ten jest futbolowy ignorant. Fantastyczny jako piłkarz, genialny jako klubowy trener - jedyne, czego do tej pory brakowało Don Fabio do statusu absolutnej legendy, to szkoleniowe sukcesy na niwie reprezentacyjnej. Naturalnym wyborem wydawałaby się drużyna Italii, jednak - z powodów, nazwijmy je tak, politycznych - drzwi do szatni Squadra Azzurra są przed nim nieodwołalnie zamknięte. Capello trafił więc do Anglii. Pozornie wybór wprost wyśmienity: świetna liga, ogromna popularność dyscypliny, wielki potencjał zawodników - samograj? Nie do końca.
„Ale" są trzy:
Po pierwsze, swoje jedyne Mistrzostwo Świata Anglicy zdobyli, bagatela, czterdzieści i cztery lata temu. W dodatku dokonali tego na własnych śmieciach i nie bez wydatnej pomocy niejakiego Tofika Bachramowa, obywatela ZSRR. Następny Mundial - który Capello na pewno chciałby wygrać - odbędzie się nie w Anglii, a w RPA, Bachramow dawno nie żyje i nawet ZSRR już nie ma. Mimo to, w Londynie i okolicach co cztery lata wierzą, że to właśnie ich reprezentacja jest murowanym kandydatem do złota MŚ.
Po drugie, świetna liga nie powstała za darmo. Koszta wymierne, finansowe, to temat na osobną dyskusję. Ale oprócz nich Anglicy płacą za wielkość Premier League ograniczeniem ilości i roli swych rodaków w rodzimych rozgrywkach. A co za tym idzie, drastycznym ograniczeniem materiału do kadrowej selekcji. Oczywiście, wypchanie ligi klasowymi obcokrajowcami ma też swoje plusy. Choćby taki, że ci Anglicy, którzy wytrzymują rywalizację, stają się piłkarzami światowego kalibru. Ale jest ich ledwie kilku, pozycję w kadrze mają niezagrożoną, ergo: uważają się za półbogów. („Pół"??? Dobre sobie!)
Po trzecie wreszcie, za półboginie (adnotacja w nawiasie taka sama) uważane są też ich żony i kochanki, osławione WAGs. W dużym uogólnieniu trzon tej grupy stanowią panie pokroju naszej Frytki - znane są z tego, że są znane. A status żon, bądź oficjalnych partnerek gwiazdorów reprezentacji Anglii uprawnia je - w ich własnym mniemaniu - do korzystania z pełni uroków kultury celebrytyzmu. Jak łatwo się domyślić, chory medialny cyrk, ustawicznie otaczający to jakże zacne grono, nie może zyskać aprobaty u żadnego poważnego selekcjonera.
Z pierwszym „ale" Capello poradził sobie w mig. Trudno się dziwić. W jego wieku i z jego doświadczeniem presja nie powinna stanowić większego kłopotu. Drugie też udało się łatwo pokonać. I też nic dziwnego. W końcu z wysokości Don Fabio widać pewnie tyle, że cała ta banda Steviech G, Lampsów i reszty mogłaby bez żadnej ujmy na honorze pucować mu pantofle.
Pokonawszy pierwsze dwie przeszkody Capello przeprowadził synów Albionu przez eliminacje Mundialu jak zakopiański przewodnik ceperską wycieczkę po Krupówkach. Niestety (?), na trzecim „ale" się... nie, nie wyłożył. Jeszcze nie. Ale na pewno mocno zachwiał.
Aby zrozumieć, co poszło nie tak, należałoby poznać dramatis personae osobliwej tragifarsy, która od kilku tygodni rozpala media na Wyspach i nie tylko. Oto osoba pierwsza: ladies and gentlemen, would you please welcome Mr John Terry! Na boisku bezsprzecznie jeden z najlepszych stoperów na świecie. W dodatku prawdziwy lider drużyny. Poza boiskiem bezsprzeczny tłumok, potrafiący połasić się na marne dziesięć tysięcy funtów (przy tygodniowych zarobkach kilkunastokrotnie przewyższających tę kwotę!) oferowanych przez przebranych dziennikarzy za nielegalną wycieczkę po ośrodku treningowym Chelsea, wykorzystywać w celach komercyjnych opaskę kapitana reprezentacji swojego kraju etc., etc. Mało, by uznać go za głupiego? Proszę, oto dowód koronny: facet - sam będąc żonatym - wdał się w romans z dziewczyną swojego kumpla. Mniejsza o to, że związek Wayne'a Bridge'a z Vanesssą Perroncel znajdował się podówczas w stanie rozkładu, lub też - co wielce prawdopodobne - zgoła już nie istniał. Tego się po prostu nie robi. Bo jeśli sprawa ujrzy światło dzienne - co w przypadku celebryty inwigilowanego 24/7 jest bardziej, niż możliwe - to ułożenie na nowo relacji i z własną żoną, i z kumplem może się okazać nader problematyczne.
Terry zatem jest głupi. Ale Wayne Bridge jest jeszcze głupszy. Po pierwsze, odstawmy na chwilę na bok polityczna poprawność. Gdyby WB mówił po polsku, należałoby mu przypomnieć pewne stare, bazarowe powiedzonko: „widziały gały co brały". Wiążąc się z Mademoiselle Perroncel znał przecież przeszłość późniejszej matki swojego syna i powinien wiedzieć, że wierność i lojalność nie należą do jej najmocniejszych stron. Po drugie, nawet, gdyby należały, to przecież Bridge nie miał prawa oczekiwać ich okazywania w momencie, gdy jego związek z VP się rozpadł. Nie będąc już jego partnerką, dziewczyna mogła przecież zaprosić do swej alkowy pół składu Chelsea (eee... a to nie miało miejsca wcześniej?) i nic by mu było do tego. Po trzecie - rezygnacja z kadry i pewnego wyjazdu na Mundial z powodu romansu kolegi z drużyny i swej eks nie jest chyba niczym mądrym, prawda?
W ogóle dając się wciągnąć w tę pożałowania godną aferę Capello popełnił swój pierwszy błąd jako selekcjoner reprezentacji Anglii. Odebranie Terry'emu opaski z powodów kompletnie nie związanych ani ze sportem w ogóle, ani jego postawą jako kapitana, na pewno nie było dobrym pomysłem. Po raz drugi Don Fabio pomylił się nie doceniając skali całego zamieszania. Choć w zasadzie nie wiem, czy można to nazwać pomyłką. Przecież w cywilizowanym świecie do podobnych spraw podchodzi się ze zdecydowanie większym przymrużeniem oka i nie zagląda się nikomu ostentacyjnie pod kołdrę.
Tak, czy inaczej wskutek tych dwóch błędów Capello znalazł się w dość kłopotliwej sytuacji. Obozy pro- i antyterry'owski zaznaczą swą obecność na pewno także w reprezentacji. Co więcej, jeśli do lata nie wykuruje się Cashley Cole (swoją drogą również mający problemy ze spodniami, które wykazują tendencje do zsuwania się z bioder w mało sprzyjających okolicznościach), to w obliczu głupiej rezygnacji Bridge'a włoski selekcjoner Anglików pozostanie bez sensownego lewego obrońcy. A przypomnijmy, że nie ma też prawego defensora, ani bramkarza.
Capello już ogłosił, że praca z reprezentacją Anglii będzie jego ostatnią. Potem zasłużona emerytura. Szkoda by było, gdyby skończył karierę jako trener bandy gwiazdorków myślących tą drugą głową, prawda? Niestety, wiele na to wskazuje.
I w coś Ty się, Don Fabio, wpakował?
Był sobie kiedyś taki piłkarz. Zwał się Radosław Matusiak. Urodzony w 1982 w Łodzi, karierę zaczynał niby w Widzewie, a tak naprawdę w Łódzkim KS. Już na samym jej początku, w 1999 zdobył z reprezentacją U16 srebrny medal Mistrzostw Europy. Potem jednak przygasł i wydawało się, że zniknie gdzieś w ligowej szarzyźnie. Bezskuteczne próby przebicia się w ŁKSie, potem występy w Jaworznie i Płocku, które również nie przyniosły Radkowi chwały - wszystko to nie zapowiadało, że cokolwiek kiedykolwiek z niego wyrośnie.
Promyk nadziei pojawił się dopiero w sezonie 2005/6, w barwach GKS Bełchatów. A kolejny sezon przyniósł prawdziwą eksplozję talentu Matusiaka. Chłopak doskonale uzupełniał się z Łukaszem Gargułą, w piętnastu meczach rundy jesiennej strzelił dziewięć goli i błysnął w reprezentacji. Przez media, w których umiejętnie brylował, traktowany był jak młody bóg. Zimą 2006/7 doszedł do - wg. wielu fachowców jedynego słusznego - wniosku, że zrobił się za duży na Ekstraklasę, spakował manatki i pojechał podbijać Serie A.
I w tym momencie eksplozja się skończyła. Został po niej, jak to często bywa, głęboki lej. Słonecznej Italii Radek - oględnie rzecz ujmując - nie zawojował. W Citta di Palermo wytrwał zaledwie jedną rundę, podczas której zanotował mizerną ilość trzech spotkań i - o dziwo! - jednego gola. Raz trafił też w barwach SC Heerenveen, którego koszulkę przywdziewał dziesięciokrotnie jesienią 2007. Mimo, iż Leo Beenhakker ciągnął go za uszy, w kadrze też nie wiodło mu się najlepiej. Aby ratować resztki sławy i szczuplejące w dramatycznym tempie szanse na wyjazd na Euro, Matusiak postanowił wrócić do Polski. Wiosną 2008 w barwach krakowskiej Wisły trafił do siatki rywali - a jakże by inaczej - raz. Dla porządku dodajmy, że zagrał w ekipie Białej Gwiazdy ośmiokrotnie. Na ME ostatecznie nasz bohater nie pojechał (choć Najjaśniejsze Pomarańczowe Słońce Polskiej Kopanej wierzyło w niego do ostatka), co zapewne dobrze i dla Euro, i dla Biało-Czerwonych na nim, i dla samego Matusiaka chyba też. Niechciany w Wiśle, niechciany właściwie nigdzie, pokonawszy w półtora roku drogę od bohatera do poniżej zera, w wieku lat dwudziestu sześciu postanowił Radek zawiesić buty na kołku.
W zasadzie była to decyzja godna pochwały. Cóż, ewidentnie sobie facet na boisku nie radził, a skoro do gara miał co włożyć, nie było sensu rozpaczliwie szukać jakiegokolwiek klubu zainteresowanego jego usługami i rozmieniać na drobne resztek i tak już bardzo pokancerowanej sławy. Tym dziwniejsza wydaje się zatem decyzja Matusiaka o powrocie na profesjonalne boiska w barwach Widzewa. Skrajną naiwność wykazywali ci, którym zdawało się, że na zapleczu Ekstraklasy Radosław odżyje, odbuduje formę i jeszcze wszystkim pokaże. No i pokazał. Że nie nadaje się nawet do II, czyli tzw. I, ligi.
W tym świetle trudno się chyba dziwić, że transfer Matusiaka do Cracovii mocno mnie zmartwił. OK., bardzo cenię Oresta Lenczyka i byłbym nawet w stanie się zgodzić na to, że ściąga on sobie do klubu swojego ulubieńca. Pod jednym prostym warunkiem: ten ulubieniec siądzie sobie na samym końcu ławki, a najlepiej na trybunach i nie będzie stamtąd wyściubiał nosa. Przecież ostatnie, czego Pasy potrzebują, to jakaś przebrzmiała efemeryda, pałętająca się bez wyraźnego sensu i celu po boisku. A niestety, głównie wskutek kontuzji Bartka Ślusarskiego, ale trochę też z trenerskiego wyboru, Matusiak wybiega w pierwszym składzie Cracovii.
Na początku jego słabość można jeszcze było czymś tam maskować. A to, że nieprzygotowany, a to, że musi się zgrać i tym podobne pierdoły. Ale teraz mamy początek rundy rewanżowej. Do tej pory w najpiękniejszej koszulce na świecie R.M. strzelił... nie no, dwa gole. W dwunastu spotkaniach. A dziś, w meczu z mizernie usposobioną Legią, której środek defensywy wygladał bardzo rezerwowo, zwłaszcza po czerwieni dla Choto, Cracovia nie potrafiła wykorzystać swej liczebnej przewagi. Nie potrafiła, bo zwyczajnie jej nie miała. W pierwszych minutach Matusiak wyszedł sam na sam z Muchą, ale dał się dogonić Szali, wszedł z nim w niepotrzebny drybling i stracił piłkę. A potem zawodnika z siódemką jakby nie było na placu gry.
Do tego stopnia, że zasadne stało się pytanie: panie trenerze, czy u nas to gra jakiś napastnik?
Przyznam szczerze, że nie jestem jakimś przesadnym miłośnikiem seriali. A już taśmowe produkcje o tematyce kryminalno-sensacyjnej wywołują u mnie - choć z wyjątkami - wybitnie chłodne uczucia. Nic więc dziwnego, że udało mi się do tej pory obejrzeć ledwie dwa odcinki CSI: kryminalne zagadki (jeden z Las Vegas, drugi bodaj z Miami), a i to jednym okiem. Wrażenia odniosłem raczej mało zachęcające do dalszego kontaktu z produkcją - ot, typowe amerykańskie rzemiosło, wyświechtane i raczej nudne. Niemniej jednak, ostatnio zobaczyłem coś, co każe mi zmienić zdanie i uznać CSI za dzieło niemalże doskonałe.
Pilotażowy (?) odcinek serialu CBŚ: kryminalne zagadki Poznania zaczął się - trza mu to przyznać - zupełnie obiecująco. Akcja została wmontowana w emitowaną ponoć naprawdę (nie wiem, z rzadka oglądam TVN) Uwagę, program podobnież w założeniach publicystyczny. Poszła zupełnie profesjonalna czołówka, redaktor prowadzący też robił wrażenie prawdziwego... „No-no!" mruknąłem cicho pod nosem. Co prawda, motyw z telewizyjnym programem informacyjnym jest deczko ograny, sympatycznie sprawdził się choćby w Kilerze, ale cóż, nie będziemy przecież wymagać zbyt wiele.
Niestety, okazało się, że to tylko miłe złego początki, a już następne ujęcia nie są w stanie sprostać nawet najbardziej skromnym oczekiwaniom. Redaktor prowadzący pomamrotał coś trzy po trzy o pseudokibicach, szesnastu zatrzymanych liderach (a mnie głupiemu się wydawało, że lider może być tylko jeden) i takich tam, po czym oczom zdumionego widza ukazał się widok świetnie dopingujących kibiców (bez żadnego tam pseudo) Lecha Poznań. „Ki pies?!" mruknąłem już nieco głośniej, pacnąłem w obudowę telewizora i wymieniłem z najwspanialszą żoną na świecie uwagi odnośnie konieczności wymiany sprzętu audio-video. Nie pomogło. Pomerdałem kartą w dekoderze - znów nic. Wyszło na to, że coś się - owszem - pokićkało, ale nie mojemu sprzętowi do odbioru tv, a reżyserowi i/albo montażyście.
Na nieszczęście, nie była to ich jedyna, ani nawet największa pomyłka. Już kolejne ujęcie spowodowało, że znalazłem się w kropce: zmienić kanał, czy narazić się na uraz nerek spowodowany konwulsyjnym śmiechem? Oto bowiem zobaczyłem dość pokaźną grupę wysportowanych młodzieńców usiłujących zrobić sobie nawzajem krzywdę. Po żadnym z nich nie da się poznać, że jest akurat kibicem Lecha. Wręcz przeciwnie, wciąż mam nieodparte wrażenie, że gdzieś już ten materiał widziałem i chodziło wtedy o zupełnie inny klub. Co ciekawe, zmagania w/w młodzieniaszków uwiecznione zostały amatorską kamerą, a w lewym dolnym roku ekranu widnieje data: 3.6.2001. Następnie - ni z gruchy, ni z pietruchy - twórcy znów serwują widzowi ujęcia fanów Kolejorza, potem znów ci młodziankowie, a potem jakiś pan w zabawnej kominiarce, spod której wyziera jego równie zabawnie wystraszone spojrzenie. Tutaj z kolei baaardzo umoczył spec od charakteryzacji. Ja nie twierdzę, że każdy serialowy policjant musi wyglądać jak porucznik Borewicz. No ale, do ciężkiej cholery, przydałoby się chyba, żeby przynajmniej robił wrażenie kogoś innego, niźli jakiś wujcio Czesio przyłapany na drzemce w składziku.
Tego typu fabularny galimatias trwa jeszcze przez chwilę. Dokładnie do momentu, gdy rozpoczyna się akcja zatrzymania Bardzo Groźnego Przestępcy. Podczas och-ach-jakże! autentycznie sfilmowanej odprawy chopców-cebeesiowców dowiadujemy się, dlaczego ów Przestępca jest Bardzo Groźny. Wciąż jednak nie mamy pojęcia - no dobrze, ja nie mam - czy ów BGP był pośród wysportowanych młodzieńców, którzy w 2001wszym zostali uwiecznieni podczas próby poobijania sobie pysków. Nie da się również jednoznacznie określić, czy BGP był na stadionie przy Bułgarskiej wśród innych kibiców Lecha, a jeśli był - jaki to niby ma związek z jego przestępczą działalnością. Przebieg samej akcji zatrzymania niejakiego „Olafa" (to ten BGP) wywołuje w zasadzie jedno zasadnicze pytanie: czy chopcy-cebeesiowcy na każdy wypad zabierają zaprzyjaźnionych dziennikarzy? Jeśli tak, to łatwo się domyślić, dlaczego skuteczność ich działań jest tak mizerna, że aż muszą robić wielkie halo z zatrzymania kilku domniemanych dilerów, a jeszcze większe z tego, że parę osób gdzieś w ustronnym miejscu porachuje sobie gnaty. Swoją drogą, ci dziennikarze mogliby się nieco lepiej odwdzięczyć i chociażby nie puszczać w eter tego żałosnego żarciku o ubieraniu się w kajdankach. Przecież taki szmonces jedynie utrwala i tak powszechną w naszym społeczeństwie, a pewnie mocno krzywdzącą, opinię, że większość polskich policjantów jest taka, no, niedorozgarnięta.
Ostatecznie „Olaf" ubrał się jednak bez „bransoletek", po czym - za tyłek i do suki. I tu właściwie powinny nastąpić napisy końcowe, ewentualnie - jak to się czasem w kryminalno-sensacyjnych produkcjach zdarza - poprzedzone słowem do narodu. Niestety, scenarzysta zdecydował się na krok, który spowodował, iż (już w pierwszym odcinku!) serial „dżampnął szarka": włożył w usta chopców-cebeesiowców kwestie rodem z lichego fantasy. Niektóre z ich wypowiedzi są zabawne (Werder Berlin). Inne zwyczajnie niesmaczne, jak choćby rzekoma kontrola obrotu biletami na Bułgarskiej przez wąską grupę przestępców. Odnośnie tej ostatniej rewelacji, obawiam się, że zarząd KKS Lech może nie wyrazić aprobaty dla subtelności humoru twórców serialu.
Potem akcja wyraźnie zwalnia. Ożywia ją jeszcze na moment zatrzymanie kolejnego BGP, niejakiego „Żaby", znacznie jednak mniej spektakularne od aresztowania „Olafa". Dodatkowo tu i ówdzie trafiają się bardzo statyczne ujęcia świadczące o podziwie autora zdjęć dla sztuki tatuażu, bądź po prostu piękna męskiego ciała. Tę pierwszą zdecydowanie współpodziwiam. Drugiego, jako niereformowalny heteryk, nie jestem w stanie ocenić, ale cóż, pozostawmy gusta poza dyskusją. Wciąż jednak nie rozumiem, po co te ujęcia w ogóle się pojawiły. Może chodziło o ich funkcję retardacyjną? W porządku, ale w takim razie powinny one zapowiadać jakąś kulminację. A tu zamiast kulminacji występuje znów ten sam mamroczący redaktor prowadzący. Gra on chyba rolę wszechwiedzącego narratora, albowiem z mety stwierdza, że pseudokibice Lecha (widoczni w całym filmie w liczbie bodaj dwóch, a i to domniemanych) mają na sumieniu to, tamto i siamto, same straszne rzeczy. Kurczę, w holiłódzkich serialach to się przynajmniej jakaś wzmianka o sądzie zwykle pojawia, a często wręcz sceny z rozprawy...
Krótko mówiąc: porażka. W dwójnasób. Ta pierwsza, na gruncie artystycznym, mimo wszystko smuci. Przecież fajnie by było, gdyby dzielni chopcy-walterowcy utarli nosa zarozumiałym Jankesom i udowodnili, że Polak też umie, prawda?
Natomiast porażka numer dwa jak najbardziej cieszy, przynajmniej mnie. Nie od dziś wiadomo, że TVN (i całe ITI) to jedno z dwóch głównych medialnych kół zamachowych pomyleńczej „krucjaty antykibolskiej". W powyższym tekście starałem się z całych sił pokazać, jak dalece omawiany materiał przekroczył granice śmieszności. Nie udało mi się chyba nawet w połowie. Im więcej podobnych zabawnostek, tym mocniej cała krucjata wypychana będzie poza tę granicę. Oby tak dalej.
pees.
Kiedyś się z nich śmiałem. Wiecie, z tych wszystkich „kibiców telewizyjnych", co to tak bardzo kochają „swój" zespół, że aż nigdy na jego stadion nie dotarli. Drwiłem z ich „poświęceń" i „wyrzeczeń" polegających z grubsza na tym, że czasem muszą pójść później do łóżka, no bo przecież na C+ Sporcie... Kpiłem, wyszydzałem, aż w końcu, jak każdą wredotę, jeszcze bardziej wredny los pokarał także mnie.
Bo tak: co cztery lata odbywają się Zimowe Igrzyska Olimpijskie. I co cztery lata obchodzą mnie w nich zaledwie dwie dyscypliny: narciarstwo alpejskie i hokej. Niechże mi fani Małysza, Justysi, Sikory i kogo tam jeszcze wybaczą, ale całą resztę mam właśnie tam. Za to szybkie narty i szybkie łupanie kijem w krążek oglądam z wypiekami na twarzy. Tzn. dzisiaj to akurat jedynie chciałem oglądać. Punktualnie o 19.00 naszego czasu miał się rozpocząć zjazd do superkombinacji mężczyzn. Bez żalu odpuściłem ligomistrzową konfrontację Milanu z Man Utd. Tak, bez żalu. Liga Mistrzów od dawna pasjonuje mnie w stopniu lekkopółśrednim, Milan oglądam w zasadzie na co tydzień, a oglądanie Man Utd (wybacz, Roo;) nie stanowi dla mnie specjalnej atrakcji. Zwłaszcza w zestawieniu z olimpijską superkombinacją. Bez skrupułów oznajmiłem swemu starszemu dziecku, że dzisiaj żadnej Kitty nie obejrzy. Odkorkowałem wino, rozsiadłem się na fotelu... Siódma, siódma dziesięć, siódma piętnaście... a na Eurosporcie wciąż jakiś biathlon. Nie no, pewnie, że mogłem sprawdzić. Zwłaszcza wiedząc, że od początku zmagań w Whistler aura nie sprzyja organizatorom, mogłem się upewnić, czy aby i tym razem nie spłatała jakiegoś figla. Spłatała. A ja zostałem jak ten wiadomo co z otwartym winem i naburmuszoną córką.
Wziąłem więc to wino, odstawiłem na półkę, córce otarłem łzy i wręczyłem pilota, a sam pstryknąłem komputer, żeby sprawdzić sobie rozkład transmisji z turnieju hokeistów. Tak, to też należało zrobić wcześniej. Jasne, mogłem zawczasu uzmysłowić sobie, że czas w Kanadzie, a czas w Polsce to dziewięć godzin różnicy. Ale jakoś sobie nie uzmysłowiłem. Aż do dzisiaj. No, to teraz wiem, że w czwartek wstaję przed szóstą rano, by zdążyć na spotkanie Czechów ze Słowakami. A w poniedziałek rozpoczynam oglądanie coś po czwartej, bo najpierw Kanada v. USA, a zaraz potem Finlandia contra Szwecja. Dlaczego ja o tym piszę? Bo jestem makabrycznym śpiochem. Najwcześniejsza godzina, o której zdarza mi się wstać, to 7:50, wtedy, gdy muszę w/w miłośniczkę Kitty odstawić do przedszkola. Czas pracy mam nienormowany, donikąd nie muszę rano gonić, więc godzina szósta jest dla mnie czystą abstrakcją. Nic już nie mówiąc, że wszystkie okazje z całego mojego niemal trzydziestoletniego żywota, gdy wstałem koło czwartej, da się policzyć na palcach.
Niby lepiej mieć za swoje, niż za cudze. Ale i tak jestem zły.
pees.
Mecz Milanu z Man Utd ostatecznie jednak obejrzałem. Na kompie. I po ciężką cholerę mi to było?
Jakiś czas temu przedstawiłem swój, cyzelowany przez lata, pomysł na reformę systemu ligowego w naszym kraju. Ku mojemu niepomiernemu, a przykremu zdziwieniu, idea nie spotkała się z powszechnym aplauzem. Wręcz przeciwnie, znaleźli się tacy - nie będę palcem pokazywać - co to ośmielili się otwarcie ją skrytykować. Nie, żebym się tą krytyką jakoś przesadnie przejął. Niemniej jednak dziś, zostawiwszy chwilowo na boku kwestie liczebności Ekstraklasy, zasad spadków i awansów, etc., chciałbym szturchnąć nieco pewien reformatorski wątek, który - choć przewija się tu i ówdzie od wieków - nie doczekał się, niestety, do tej pory żadnej sensownej dyskusji.
Chodzi mi, rzecz jasna, o zmianę systemu rozgrywek ze „szkolnego" na „kalendarzowy", znany powszechnie jako wiosna-jesień. Niegdyś byłem jego zdecydowanym orędownikiem. Dziś mam pewne wątpliwości, aczkolwiek wciąż uważam, że warto się temu tematowi przyjrzeć z bliska i z należytą uwagą.
Bo tak:
1. Klimat:
Oczywiście, takie zimy, jak obecna, nie zdarzają się co roku. Niemniej i oglądanie, i rozgrywanie meczów piłkarskich w polskim lutym, gdy jednak zwykle jest mroźno i wietrznie, nie stanowi dla nikogo zbytniej przyjemności. Tymczasem miesiące wakacyjne, podczas których nad Wisłą i w okolicach jest zdecydowanie najprzyjemniej, pozostają wolne od ligowej piłki. Oczywiście, problem można by rozwiązać (czy raczej: nie wywoływać go) pozostawiając monstrualną przerwę zimową. Ale...
2. Urealnienie sezonu:
W obecnym systemie przerwa wewnątrzsezonowa trwa znacznie dłużej od międzysezonowej. To przecież jakiś nonsens. Drużyny podejmujące w marcu przerwaną rywalizację ligową to często zupełnie inne ekipy od tych, które zawiesiły ją w listopadzie/grudniu. Co podkreśla wielu ligowych trenerów, większość przygotowań do sezonu (czy to fizycznych, taktycznych, czy transferowych) odbywa się właśnie w zimie. Czyli w środku sezonu, nie przed jego rozpoczęciem.
3. Druga Irlandia:
Nie, nie. Absolutnie nie zamierzam rozliczać w tym miejscu urzędującego premiera z tego, że niby mieliśmy kimś tam się stać, a (póki co?) niezbyt nam to wyszło. Chodzi mi o to, że parę sezonów temu decyzję o przejściu na „summer football" podjął właśnie Irlandzki ZPN. Pozornie argument jest miękki. No bo co z tego? Ekstraklasa Zielonej Wyspy jak była słabiuchna, tak i dalej jest. Jednakowoż rok po tej reformie wyczytałem na oficjalnej stronie UEFA (próbowałem znaleźć, nie umiem) wypowiedź jakiegoś oficjela z FAI, który twierdził, że zmiana wpłynęła bardzo korzystnie na atrakcyjność ligowej piłki w jego kraju. Oczywiście, to tylko działacz. Ale takie opinie potwierdza też wielu Irlandczyków nijak nie związanych z futbolową centralą. Wg. nich tamtejsi ligowcy zrozumieli - oczywiście nie wszyscy i nie od razu - że piłka może się też toczyć po boisku, nie tylko fruwać trzy jardy nad ich głowami oraz że dryblingi da się uskuteczniać także poza Playstation.
I wszystko fajnie, ale:
A. Klimat:
OK., granie meczów latem niewątpliwie kusi, jednakże trzeba też zauważyć, że przy przejściu na wiosna-jesień końcowe kolejki sezonu, kiedy zwyczajowo ważą się losy mistrzostwa, udziału w pucharach i spadku, zostałyby przerzucone z maja na listopad/grudzień. A wtedy po pierwsze nie jest u nas specjalnie przyjemnie. Po drugie zaś, finalne rozstrzygnięcia sezonu mogłyby w zdecydowanie zbyt dużej mierze zależeć od tego, kto na swoim stadionie ma mniejsze błoto.
B. Mistrzowski konflikt:
I znów - krótka, najwyżej dwuweekendowa, przerwa w lecie (czyli niby w środku sezonu) miałaby swój urok. Ale i tak raz na dwa lata należałoby ją ponad miarę rozwlec. Bo przecież właśnie z taką częstotliwością odbywają się wielkie turnieje: Mistrzostwa Świata i Europy. I nie chodzi nawet o to, by optymistycznie zakładać, że reprezentacja Polski będzie już teraz jeździć na każdy Mundial, czy Euro. Rzecz w tym, że Ekstraklasa długo jeszcze nie będzie pod względem medialnej popularności wygrywać z MŚ i ME. A najprawdopodobniej nie wygra z nimi nigdy.
C. Ale nie druga Rosja:
...czyli konflikt pucharowy. O tym, że kluby rosyjskie są bogate tak pod względem finansów, jak i tradycji, wiadomo nie od dziś. Nie od dziś także nic nie wychodzi z ich planowanego szturmu na europejskie puchary. Dobrze, jakiś czas temu CSKA zgarnęło PUEFA. Ale to - jak na rosyjskie ambicje - śmiesznie mało. Nie wiem, czy najistotniejszym, ale na pewno jednym z powodów kontynentalnego fiaska Rosjan jest to, że ich ligowa czołówka wyłoniona zostaje w listopadzie, a przystępuje do kontynentalnych bojów dopiero w sierpniu. Skoro nawet znacznie zamożniejszym klubom naszych wschodnich sąsiadów często nie udaje się utrzymać stabilizacji przez osiem miesięcy, skąd czerpać przekonanie, że udałoby się naszym?
No to już wiecie, dlaczego nie wiem. A właściwie wiem. 3:3 w powyższej argumentacji to dla mnie remis ze wskazaniem na „tak". A Wy? Będziecie coś strzelać na którąś ze stron, czy może uważacie pomysł za oczywistą oczywistość/kompletny idiotyzm?
Puchar Narodów Afryki Angola 2010 się kończy. Dosłownie. W momencie, gdy stukam palcami w klawisze, trwa finałowa rozgrywka pomiędzy Egiptem, a Ghaną. A ponieważ moje starsze dziecię opanowało telewizor, zaś szukać transmisji w internecie mi się nie chce, mogę wreszcie coś z siebie wyrzucić.
Afrykańskie mistrzostwa cieszą się moją sporą sympatią. Ba, śmiem uważać, że jest to turniej ciekawszy od Euro, czy nawet okrojonego zwykle kadrowo Copa America. Mimo to, z trzydziestu jeden meczów bieżącej edycji nie widziałem ani minuty. Jest to pierwsza taka sytuacja od ładnych kilku lat, toteż do końca bałem się, że pęknę, że gdzieś choćby jakiś skrócik wyhaczę. Nic z tego. Teraz już wiem, że swój mały, osobisty bojkot CAN 2010 uda mi się przeprowadzić rzetelnie i do końca.
Powód tegoż bojkotu jest, jak mniemam, oczywisty: terroryzm. Nie mam jednak na myśli tych kilku bandytów, którzy tuż przed rozpoczęciem imprezy ostrzelali togijski autokar. Nie jestem specjalistą w kwestii politycznych zawirowań w Angoli. Nie wiem, czy byli to ludzie mieniący się bojownikami o słuszną sprawę oderwania jednej z prowincji, czy też zwykłe obwiesie, które złapały za pukawki powodowane li tylko chęcią rozgłosu. Powiedzmy, że w tej chwili niespecjalnie mnie to obchodzi. Interesuje mnie za to terroryzm w wykonaniu CAF.
Nie uważam, aby show zawsze musiał go on. Wydaje mi się, iż istnieją sytuacje, w których futbol jako taki, sport, czy generalnie każde widowisko powinno usunąć się w cień wobec ludzkiej tragedii. Nie wiem, czy najlepszym rozwiązaniem byłoby odwołanie/przesunięcie całego turnieju. Wiem, że na pewno istniało wyjście, które pozwoliłoby Togijczykom na choćby jako-takie otrząśnięcie się z szoku i wzięcie udziału w rozgrywkach. Jestem również przekonany, że decyzja rządu Togo o wycofaniu swej reprezentacji z Mistrzostw powinna zostać w pełni uszanowana. Jakkolwiek generalnie zdecydowanie się sprzeciwiam ingerencji polityków w sport, tak sądzę, że każde państwo ma psi obowiązek dbania o swych obywateli. Nawet, jeśli ci obywatele są zawodowymi piłkarzami. Gdybym był prezydentem, czy tam premierem Togo, postąpiłbym kubek w kubek tak samo.
A terroryści z CAF robią swoje. Najpierw nie kiwnęli palcem, by prawdziwie umożliwić Togijczykom udział w turnieju. To jeszcze byłbym w stanie zrozumieć. Nie, nie zrozumieć. Dostrzec stojące za tym motywy. W końcu machlowanie przy terminarzu rozgrywek mogłoby przynieść jakieś straty finansowe, nic już nie mówiąc o zmianie terminu rozgrywania całych Mistrzostw. Ale... akceptacja ludzkiej krzywdy celem zdobycia korzyści ew. uniknięcia strat materialnych? Czym to się różni od wymuszania haraczu, albo dążenia (literalnie!!!) po trupach do pieniędzy? Natomiast wykluczenie reprezentacji Togo z dwóch następnych edycji PNA to już terroryzm czystej wody, jasny przekaz ze strony CAF: albo nas słuchasz, albo cię, cóż, wyeliminujemy. Dlatego też - o ile nic się w tej materii nie zmieni - następny Puchar Narodów Afryki obejrzę dopiero w 2016. Jak dobrze pójdzie.
Czy mi nie żal? Żal mi. Ale terrorystom ulegać nie wolno.
* * *
Z innej parafii, czyli: Kiedy trener drze ryja.
Wciąż wracam myślami do wczorajszego półfinału szczypiorniakowego Euro. Jakkolwiek daleko mi do upatrywania jedynego (czy też w ogóle: istotnego) powodu porażki Biało-Czerwonych w niewczesnym, a ukaranym przez norweskie niedojdy* wybuchu Bogdana Wenty, tak jednak zastanawiam się: po co trenerzy rozdzierają pyska w stronę sędziów? Rozumiem - drzeć się na zawodników. Niektórzy ewidentnie tego potrzebują (choć mnie osobiście bardziej chyba przekonuje postawa w typie „twarz-skała, spokój na deku"), nakręca ich to i skłania do większej koncentracji, czy też po prostu lepszej gry. Ale po co wrzeszczeć do arbitrów? Przecież oni mogą co najwyżej - jak to nawet osobisty asystent Wenty zauważył - zacząć gwizdać przeciwko nam. Oczywiście, rzecz nie ogranicza się do piłki ręcznej. Przykłady szkoleniowców, którzy ekhmmm... wywierają presję na sędziów, a tym samym najczęściej napytują sobie - i swoim zespołom! - biedy, trafiają się chyba we wszystkich grach zespołowych i można by je mnożyć godzinami. Tylko, powtarzam pytanie, po co? Znaczy po co wrzeszczeć, nie po co mnożyć.
To po pierwsze, a po drugie: dlaczego zarówno my, kibice, jak i dziennikarze, gotowi jesteśmy tym trenerom wybaczyć, podczas gdy zawodników urządzających podobne szopki (-> Didier „fuckin' disgrace" Drogba) odsądzamy - zupełnie zresztą słusznie - od czci i wiary? OK, Bogdan Wenta jest - także słusznie - uznawany za bohatera narodowego, któremu wiele można wybaczyć. Ale przecież, powtarzam, nie on jeden się drze i nie on najgłośniej chyba...
* Żeby nie było - wpływ sędziów na ostateczny wynik też uważam za niekoniecznie przemożny.
Dobiegł końca turniej o Puchar Króla Tajlandii. Jubileuszowa czterdziesta edycja tej imprezy musiała zostać okraszona iście monarszym przepychem. I prawie się udało. W założeniach rozgrywki uświetnić miała swym udziałem reprezentacja Szwecji, głównie ze względu na Trzy Korony w godle, ale na tajskiej poczcie chyba coś się pokręciło i ostatecznie przyjechała Dania. Cóż, też królestwo. Główną przyczyną zaproszenia polskiej kadry była nadzieja, iż u nas król to będzie biegać po boisku. Znaczy Król. Krzysztof Król, było nie było niegdysiejszy zawodnik najbardziej królewskiego klubu na świecie. Niestety, nasz plebejski selekcjoner ni w ząb intencji koronowanych głów nie wyrozumiał i gracza Chicago Fire na turnieju zabrakło. Powody, dla których Jego Wysokość Rama IX raczył zażyczyć sobie, by w rozgrywkach jego imienia wystąpił Singapur, pozostają nieodgadnione. Ale to dobrze. Na tym się w końcu zasadza monarszy majestat: musi być po trosze tajemniczy i dla prostego człeka niepojęty. Inaczej nie byłby majestatem, jeno zwykłym kierownictwem.
Dość kpin. Król królem, majestat majestatem, a Biało-Czerwonym wyjazd na ten turniej potrzebny był niczym łysemu grzebień. Czesać i tak nie ma czego, za to skórę na głowie można sobie boleśnie pokancerować. Bo zima w wykonaniu polskich ligowców wygląda mniej więcej tak: gdzieś na początku grudnia kończy się granie. Potem są urlopy, Święta, Sylwester etc. Później następują przygotowania do sezonu, które - tak się jakoś zabawnie składa - mają u nas zwykle miejsce w przerwie śródsezonowej. I dopiero pod koniec lutego, a często i znacznie później, rodzimy piłkarz jest jako-tako gotów do grania. Tymczasem w przypadku orzełków Smudy skończyło się na „etc." Chłopaki wywczasowali się po różnych Egiptach i takich tam, wtrząchnęli nieco mamusinego karpia i barszczu z uszkami, godnie pożegnali stary i powitali nowy rok, pojawili się na moment w klubach celem oszacowania nadwagi, po czym udali się na kadrę. W momencie odlotu średnia per capita treningów odbytych w 2010 oscylowała pewnie w okolicach 0,7. A, jak się łatwo domyślić, wielkość ta jest znacznie stosowniejsza w przypadku posylwestrowego spotkania integracyjnego, niż poważnego zgrupowania reprezentacji.
W takich warunkach jedyny sensowny mecz na tym turnieju - konfrontację z duńskimi ligowcami - można było niestety z góry spisać na straty. Gdyby to spotkanie odbyło się chociaż tydzień później, nawet w ramach tych samych rozgrywek, przypuszczalnie przyniosłoby jakieś korzyści. A tak podopieczni Smudy mogli jedynie wyjść na plac i spozierać podkrążonymi oczyma na to, jak lepiej wytrenowani i zaaklimatyzowani rywale rozstawiają ich po kątach. Oczywiście, porażka w sparringu (zwłaszcza - jak się później okazało - nieoficjalnym) nie powinna stanowić podstawy do wszczynania alarmu. Szczególnie, że Biało-Czerwoni znajdują się obecnie w głęboko wstępnej fazie przebudowy. Niestety, duch cierpliwości w narodzie dawno zginął (o ile w ogóle kiedykolwiek był żywy, do czego można mieć uzasadnione wątpliwości). Smuda miał czynić cuda, tymczasem w trzecim meczu druga przegrana i to znów w stylu zdecydowanie nieestetycznym. No i jeszcze ta żona...
Na głowę selekcjonera wylało się wiadro nie do końca zasłużonej krytyki, a wokół kadry powstał przykry smrodek i trudno było przypuszczać, że wywietrzą go dwa następne spotkania. Trudno także, szczerze mówiąc, doszukać się sensu rozgrywania tych spotkań. Gospodarze imprezy to zespół po prostu słabiutki, a i tak lepszy od Singapuru, któremu - jak sądzę - spokojnie mógłby rzucić wyzwanie któryś z moich niegdysiejszych LZSowych składów. Utwierdza mnie w tym przekonaniu iście LZSowy przebieg meczu, który - gdyby wpadło, co powinno - skończyłby się wynikiem 11:4. A nie skończył się tak tylko dlatego, że co poniektórzy zawodnicy - jak to w LZSie - postanowili koniecznie zaprezentować nielicznie zgromadzonej publiczności swą biegłość w fikuśnym kopaniu piłki: jeden trafił lobem nad bramkarzem wprost w głowę interweniującego obrońcy, inny z kolei - to już naprawdę wysoki wyczyn - nie trafił do pustej bramki z odległości mniejszej, niż własny wzrost... LZSowy był też - w całym turnieju - poziom sędziowania.
Echhh... Miałem nie kpić, ale trudno się powstrzymać, gdy reprezentacja Polski, czyli - jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało - dobro narodowe, wystawia swą i tak skarlałą reputację na szwank rozbijając się po żałosnych wycieczkach, których jedynym chyba beneficjentem może być Andrzej Placzyński. Poważny skądinąd argument, że fifowskich terminów jest śmiesznie mało i należy wykorzystywać każdą okazję do przygotowań do wcale nie tak odległego Euro, akurat tym razem zupełnie do mnie nie trafia. Gdy ktoś ma problemy finansowe, to nie rozwiąże ich wypychając portfel banknotami z Monopoly. Może się tylko narazić na śmieszność, gdy przypadkiem wyciągnie takie „pieniądze" w osiedlowym spożywczaku. To już lepszym wyjściem jest gra na symulowanej internetowej giełdzie. Przynajmniej czegoś się można nauczyć.
I właśnie tego typu rozwiązanie wydaje mi się właściwe w przypadku Biało-Czerwonych. Nie wiąże się ono, oczywiście, z internetem, ale z symulacją już jak najbardziej. Otóż wiele krajów, poza podstawową reprezentacją seniorską i wszystkimi właściwymi juniorskimi, posiada także kadrę „udawaną", nieoficjalną. Z taką właśnie pseudoreprezentacją Danii zmierzyli się na inaugurację Pucharu Króla nasi kadrowicze. Ba, takie coś istnieje nawet u nas. Tyle, że jak wiele innych kwestii w polskiej piłce, postawione jest na głowie.
Cel istnienia kadry U23 jest mglisty. W zasadzie niewielką pomyłką byłoby stwierdzenie, że dostrzegają go tylko pezetpeenowscy betoniarze. No bo i jaki sens można zauważyć w istnieniu quasireprezentacji ograniczonej wziętym z sufitu limitem wieku, kompletnie niezależnej od kadry A i prowadzonej przez odrębnego trenera, który w dodatku już raz swą selekcjonerską szansę dostał i uchowaj nas, Boże, przed powtórką? Tymczasem gdyby przekształcić ten chory wytwór wyobraźni leśnych dziadów w sensownie działający zespół rezerw, mógłby on przynieść sporo pożytku.
Po pierwsze, taki zespół byłby jak znalazł na różne Puchary Króla i im podobne pseudosparringi rozgrywane poza terminem FIFA. Po drugie, nie ciążyłaby na nim presja, nie byłoby transmisji i całego medialnego szumu, więc selekcjoner, względnie jego asystent, mógłby w spokoju wyczyniać cuda wianki bez strachu przed zmasowaną krytyką. Po trzecie, wszyscy polscy piłkarze przejawiający choćby cień talentu mieliby się gdzie pokazać, a jednocześnie położony zostałby kres niedobremu zwyczajowi deprecjonowania pojęcia „reprezentant", tak rozpowszechnionemu za Janasa i Beenhakkera. Po czwarte wreszcie, asystent selekcjonera, który prowadziłby na co dzień kadrę B, nie traciłby kontaktu z zawodem, a wręcz przeciwnie - w razie, gdyby kiedyś miał zostać selekcjonerem, miałby jako-takie otrzaskanie.
* * *
A teraz z innej beczki, czyli:
Effetto farfalla
W 64tej minucie Derby della Madonnina Maicon wywrócił się o własne nogi. Wskutek tego upadku Internazionale na 99% obroni Scudetto.
Bieżący sezon jest czternastym z rzędu (i czternastym w ogóle też), podczas którego Odra Wodzisław Śląski występuje w Ekstraklasie. W tym okresie klub najwyżej uplasował się na trzeciej pozycji, było to w debiutanckim sezonie 1996/7. Najniższą, póki co, lokatę - czternastą - przyniósł sezon 1998/9. Trzykrotnie wodzisławianie kwalifikowali się do nieistniejącego już Pucharu Intertoto. Pierwszy występ w tych rozgrywkach, w roku 1997, przyniósł awans do Pucharu UEFA. W rundzie przedwstępnej Odra, prowadzona podówczas przez Marcina Bochynka, uporała się z Pobedą Prilep, jednak w rundzie wstępnej nie sprostała Rotorowi Wołgograd. Mistrzowskich aspiracji wodzisławianie raczej nigdy nie przejawiali, aczkolwiek dziwaczny system rozgrywek w sezonie 2001/2 przyniósł im mistrzostwo jesieni (wygrali grupę A) ex aequo ze zwycięzcą grupy B - Legią Warszawa. Wiosną drużyna prowadzona przez swojego eks-zawodnika, Ryszarda Wieczorka, nie zrobiła furory w grupie mistrzowskiej, plasując się ostatecznie na piątym miejscu.
Uff... nieźle, jak na klub z niedużego, przygranicznego miasta, pozbawiony jakiejś platynowej tradycji, czy chmar kibiców, o których musi walczyć ze znacznie bardziej renomowanymi rywalami z Górnego Śląska, prawda? A mimo to sukcesy wodzisławskiej ekipy są notorycznie deprecjonowane, sama zaś nazwa klubu, zamiast poklasku i życzliwych uśmiechów, wywołuje raczej powszechną niechęć i zgrzytanie zębów. Dlaczego?
Odpowiedzi na to pytanie poniekąd już padły. Po pierwsze, Wodzisław nie Warszawa, Łódź, ani Wrocław. Tymczasem wg. rozlicznych opinii tylko takie ośrodki powinny posiadać drużyny w Ekstraklasie. Inaczej owa Ekstraklasa pozostanie podobnież pośmiewiskiem Europy. Nie czas to, nie miejsce na dyskusje o miejscu polskiej ligi w kontynentalnej hierarchii. Warto by jednak zauważyć takie kluby, jak Villarreal, od lat rozbijający się nie tylko w Hiszpanii, ale i w Europie właśnie, lub też robiący furorę w Niemczech Hoffenheim. Po drugie, Odra nie Górnik, Ruch, czy śp. warszawska Polonia. Powyższa trójka to jedynie przykłady klubów, które w historii polskiego futbolu zapisywały się znacznie bardziej błyszczącymi zgłoskami, niż ekipa z Wodzisławia, a mimo to ostatnimi czasy nie mogą nawet pomarzyć o przypisanej jej stabilizacji. Zwolennikom teorii głoszącej, że jedynie kluby z (wielką) tradycją mają prawo dostępu do najwyższego szczebla rozgrywek - i nie tylko im zresztą - należałoby przypomnieć, że tradycja w piłkę nie gra, bramek nie strzela, ani ligowych punktów nie zdobywa. Po trzecie wreszcie, istnieją zwolennicy poglądu, że klub, który nawet w dalekich planach nie ma walki o najwyższe cele, oczywiście w Ekstraklasie występować nie powinien. Tu można się chyba jedynie uśmiechnąć. Obyśmy doczekali takich czasów, że każdy z szesnastu zespołów Ekstraklasy może celować choćby w podium.
Tak, czy siak, antywodzisławski resentyment istnieje i ma się całkiem-całkiem. Szczególnie pokaźne rozmiary osiągnął podczas pierwszej rundy bieżącego sezonu. Oj, mieli antyfani Odry używanie. Obrywała przecież jesienią od kogo popadnie - nie licząc, niestety, Cracovii - skutkiem czego zimuje przyssana do dna tabeli. Sytuacji na pewno nie poprawiało koszmarne zamieszanie organizacyjne. Przez dłuższą chwilę nie wiadomo było, kto w tym klubie rządzi i czy w ogóle ktokolwiek. Wydawało się, że kij, którym Odra uporczywie jest zawracana, wreszcie zaczął zagarniać wodę.
Niemniej jednak, gradowe niebo nad Wodzisławiem ostatnio się cokolwiek rozpogodziło. W grudniu drużynę objął młody trener Marcin Brosz. Cudów może na dzień dobry nie dokonał, jednak na pewno tchnął w zespół nowego ducha. Poza tym - i kto wie, czy nie przede wszystkim - Odra jest jak na razie królową transferowego polowania. Oczywiście, złośliwcy powiedzą, że zwierz ustrzelony przez wodzisławian jest mocno już łykowaty, że jakie koło łowieckie, taki łup, etc., etc. Tylko - co z tego?
Nie ulega wątpliwości, że wzmocnienia Odry na kluczowych pozycjach wyglądają naprawdę solidnie. O Arkadiuszu Onyszce mówi się do tej pory głównie w kontekście tego, że bije żonę, nie lubi gejów i w ogóle obnosi się ze swym dość prawackim katolicyzmem. Tymczasem związek tych faktów z jego wartością la drużyny jest znikomy, jeśli nie żaden. Onyszko to bramkarz, który w przyzwoitej przecież duńskiej lidze wypracował sobie zdecydowanie solidną markę. A że, jak stara prawda głosi, zespół buduje się od tyłu, olimpijczyk z Barcelony powinien się Odrze przydać.
Jeszcze większe wrażenie robi transfer Mauro Cantoro. W przyjście Argentyńczyka do Wodzisławia mało kto chyba wierzył. Tymczasem pomocnik, który ostatnimi laty dorobił się w krakowskiej Wiśle statusu legendy, wbrew oczekiwaniom zdecydował się pomóc Odrze w utrzymaniu w Ekstraklasie. O ile wszystko pójdzie jak należy, „Toro" powinien uporządkować grę ekipy Brosza w środku pola i - co może nawet ważniejsze - dodać drużynie zęba.
W zestawieniu ze składem, który tak, czy siak, był lepszy, niż pokazuje to tabela oraz młodym, prężnym szkoleniowcem, w/w wzmocnienia każą wierzyć, że wodzisławianie łatwo tej Ekstraklasy nie oddadzą. Wygląda więc na to, że antyfani Odry znów będą machać kijem na próżno.
niedziela, 14 marca 2010
Licznik odwiedzin: 10095
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Mocno subiektywne przemyślenia. Najczęściej nieuczesane. Zwykle o sporcie, zwłaszcza o futbolu.