Bloog Wirtualna Polska
Są 1 205 782 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Przeprowadzka 2.

środa, 29 września 2010 23:13

Szanowni Państwo, Siostry i Bracia, Towarzyszki i Towarzysze!

 

Jak mawiają na moim starym osiedlu, rok nie wyrok. I tak się składa, że równo po roku obecności na bloogu, No Właśnie! wraca na bloxa.

 

Nie żeby bloog był zły. Owszem, ma parę minusów, ale np. teksty edytuje się w nim bajecznie prosto. Jednakowoż, co by o tym nie mówić, wśród wspomnianych minusów znajduje się choćby słaby moduł komentarzy. Robię to dla Was. I od dziś Wasze sumienia plamić będzie rozpacz opiekunów blooga, którym właśnie znika jedna z najlepszych miejscówek.

 

Choć w zasadzie może nie tyle znika, co - podobnie, jak nowe-stare No właśnie! - pozostanie nieaktywna. Nie dałbym sobie ręki uciąć, że na zawsze.

 

Aby oszczędzić bloogowi Waszych szyderczo-triumfalnych wypowiedzi, chciałem wyłączyć możliwość komentowania. Ale się nie da (cóż, kolejny minus blooga). Tzn. da się, ale wtedy znika podgląd w ogóle wszystkich komentarzy. A przecież one są często znacznie bardziej wartościowe, niż pierdoły, do których się odnoszą. Niemniej, prosiłbym, cobyście swoje wrażenia werbalizowali już tutaj.


oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Bóg odjął rozum. Ale komu?

środa, 22 września 2010 13:50

„Od wódki rozum krótki" - ta prastara maksyma, onegdaj dość często powtarzana przez moją babcię, swego czasu omal nie wpędziła mnie w alkoholizm. No bo wiecie, jak człowiek ma różne takie weltszmerce, to ima się wszelkich możliwych sposobów, żeby przestać za dużo myśleć. A tu: bach! Obalasz połówę i już jakby lepiej. Po krówce zaczyna być już całkiem znośnie, a każda większa ilość odbiera - przynajmniej mnie - jakąkolwiek zdolność do myślenia. Na szczęście, z biegiem lat weltszmerców zacząłem miewać zdecydowanie mniej, niż kiedyś, a co za tym idzie, moja potrzeba ostrej alhokolizacji drastycznie zmalała. Żyłem tak sobie ładnych parę lat, wódeczności używając w ilościach iście aptecznych i jedynie celem poprawy trawienia. Świat był piękny i logicznie poukładany, wszystko na swoim miejscu, butelka tu, kielony tam, a tu zagrycha, eee... no, właśnie.

 

Aż tu nagle w ten sielankowy obraz władował mi się z buciorami Franciszek Smuda. Żeby to jeszcze nasz szanowny selekcjoner raczył wpaść na jednego, czy dwa, no to przecież, co chyba zrozumiałe, byłbym zaszczycony. Ale gdzie tam! Peszkin z Iwanem (a razem z nimi podobno sześciu, albo i dziesięciu innych kadrowiczów) cokolwiek dali w kark po meczu z Australią, a Franz wykrzykuje, że Pan Bóg im rozum odjął. W te pędy chciałem dzwonić do babci. Że moja kochana babunia mnie wrednie okłamywała, to zupełnie nie wchodzi w grę. Ale najwyraźniej sama biedna od iks czasu żyje w ciemnej niewiedzy. I, kurde fiks, przy weltszmercach, zamiast łoić na potęgę, trzeba było spacerkiem do kościółka i wszystko byłoby gites-majonez. Pomyślcie sami, jaka to oszczędność i pieniędzy, i własnego zdrowia!

 

Złapałem za telefon i przycupnąłem przy biurku, żeby sobie jakąś sensowną gadkę obmyślić. Wiecie, moja babcia ma już swoje lata, serce cokolwiek skołatane, nie można jej tak z grubej rury atakować. A tak się składa, że na moim biurku, ciut w prawo obok monitora, na którym widzę wypisywane teraz własnoręcznie pierdoły, stoi kalendarz. Zerknąłem ja ci na ten kalendarz, potem na telefon, potem jeszcze raz na kalendarz... I mnie olśniło. Znaczy nie, żeby tak od razu. Ale tak sobie policzyłem, powolutku, po cichutku i dotarło do mnie, że mecz z Australią odbył się całe dwa tygodnie temu.

 

I tak sobie myślę, że jeśli wiadomości o tym, co się dzieje wewnątrz jego drużyny, docierają do Smudy z dwutygodniowym poślizgiem i za pośrednictwem mediów (!!!), to selekcjoner - z całym szacunkiem i sympatią - powinien się przede wszystkim zająć zagadnieniem komunikacji z zespołem (całym). A kwestie intelektualno-teologiczne pozostawić na później. Co więcej, przydałaby się też, w miejsce oceny rozumu Iwańskiego i Peszki, jakaś rewizja regulaminu. OK., zalewanie się w trupa podczas zgrupowań kadry to rzecz bezdyskusyjnie naganna. Należałoby się jednak zastanowić, czy wychodzenie późnym wieczorem z pokoju kolegi, wcale niekoniecznie w stanie upojenia alkoholowego - a tylko do takich przewin przyznaje się Peszko - aby na pewno powinno stanowić przyczynek do definitywnego usunięcia delikwenta z reprezentacji. Dobra, perspektywa polskiej kadry bez Iwańskiego i Peszki jakoś nie spowodowała, że telefon wysunął mi się ze sparaliżowanych rąk. Ale jeśli imprezowiczów było naprawdę kilkunastu? Zasada jest prosta: zakaz możesz wydać wtedy i tylko wtedy, gdy możesz wyegzekwować jego przestrzeganie i ukarać nie przestrzegających...

 

To jednak kwestie poboczne. Smuda dopiero się uczy selekcjonerskiego fachu, droga do wiedzy, jak wiadomo, długa i pokręcona, ale facet powinien sobie poradzić. W końcu podobno raczej nie pije, więc rozum ma na miejscu. Osobiście zastanawia mnie coś zupełnie innego. Komu i dlaczego zależy na wywlekaniu brudów ze zgrupowań reprezentacji i publicznym się w nich taplaniu? Czy kolana polskich tzw. dziennikarzy sportowych są tak bardzo przyzwyczajone do uginania się przed „zagramanicznym ałtorytetem", że odczuwają oni obecnie pokaźny dyskomfort? No bo jak tu klękać przed takim chłopkiem-roztropkiem, jak Smuda?

 

pees.

A do babci zadzwonię i tak. W końcu ktoś tu jednak rozum postradał. Ba, obawiam się, że ktosiów jest sporo, a rozum stracili dawniej, niż dwa tygodnie temu...


oceń
0
0

komentarze (22) | dodaj komentarz

RTS, Ligalajzit, Kropka.

piątek, 17 września 2010 13:18

Rewolucyjne Towarzystwo Sympatyków.

 

Jakkolwiek część kibiców Widzewa mogłaby się poczuć urażona tym stwierdzeniem, ich klub dość mocno kojarzy mi się z socjalizmem. No bo Robotnicze TS, barwy z wyraźną przewagą czerwieni i w ogóle. Nie, nie. Absolutnie nic w tym złego. Osobiście antysocjalistą nigdy nie byłem, wręcz przeciwnie. Uważam, że rewolucje od czasu do czasu się przydają. Z tym większą radością przyjąłem ogłoszenie przez Fanatyków Widzewa programu mającego na celu radykalny przewrót na trybunach przy Alei Piłsudskiego. Program ów zakłada - przytaczam za Portalem Kibica - co następuje:

  • usunięcie z dopingu wszystkich elementów wulgarnych czy dyskryminujących;
  • podobne elementy znikną też z opraw meczowych;
  • zerwanie z przemocą na trybunach;
  • tępienie kradzieży i wyłudzania świadczeń;
  • kreowanie neutralnego stanowiska wobec ochrony na stadionie;
  • unikanie pirotechniki na obiektach sportowych;
  • poszanowanie dla mienia;
  • przestrzeganie list wyjazdowych;
  • ograniczenie dostępu ludzi, którzy będą łamali zasady.

Szczytne to postulaty i, rzec by się chciało, oczywiste w swej słuszności. Niemniej jednak, jak to zwykle bywa, także i na tej rewolucyjnej drodze, z pozoru gładkiej i prostej, czają się wyboje i wykroty. Już pierwsze dwa punkty budzą moje poważne wątpliwości. Co to są „elementy wulgarne, czy dyskryminujące"? Jasne, dobrze by było, gdyby określanie kibiców przeciwnika dosadnym mianem męskiego organu płciowego, przyśpiewki o starej wykonawczyni jeszcze starszego zawodu i inne takie zniknęły nie tylko ze stadionu Widzewa, ale i ze wszystkich innych obiektów. Niemniej, nie należy zapominać, że piłkarski doping w zasadzie od zawsze zawierał w sobie jakąś tam dozę dopiekania przeciwnikowi. A że stadion nie teatr - i dobrze! - owo dopiekanie od czasu do czasu przybiera formy niekoniecznie parlamentarne. I też dobrze.

 

Punkty trzeci (o ile „przemoc" = „przemoc fizyczna"), czwarty, piąty i siódmy absolutnie nie powinny podlegać dyskusji. Ale szósty? Dlaczego?! Strasznie mi to unikanie pirotechniki zalatuje politikal kerektnes i przerabianiem stadionu na park rozrywki. Tak, tak. Rozumiem, że istnieje - wieloma momentami idiotyczna - ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych. Pamiętam także, że medialni paranoicy, zwłaszcza ci związani z pewną dużą i wpływową redakcją, „wiedzą" o „wielu" przypadkach ciężkich urazów spowodowanych pirotechniką na stadionie. Jednakowoż śmiem twierdzić, że na polskich stadionach bywam częściej, niż Rafał Stec i Michał Szadkowski razem wzięci. I jak do tej pory słyszałem o jednym (tak, j e d n y m) kolesiu, który kiedyś poparzył sobie racą łapsko. A przede wszystkim, meczowe oprawy bez piro tracą mnóstwo na wartości. Potwierdzają to nie tylko ortodoksyjni ultrasi, ale także zwykli, niedzielni bywalcy stadionów, zwani pogardliwie (?) piknikami. O co zatem chodzi?

 

Wreszcie dwa ostatnie punkty: wszystko fajnie, ale dobrze by było, by decydujący głos przy ustalaniu list wyjazdowych, a także określaniu zasad i ograniczaniu dostępu ludzi, którzy je łamią, mieli sami Fanatycy. Inaczej może się to skończyć tak samo, jak w pewnym klubie, którego na Piłsudskiego raczej się nie lubi.

 

Ogółem, klaszcząc inicjatywie Fanatyków Widzewa, trzymam także kciuki za to, aby się na w/w wybojach i wykrotach nie powywracali. Niech tym razem rewolucja nie pożre własnych dzieci.

 

 

Ligalajzit.

 

Temat zupełnie nie związany ani z piłką, ani w ogóle ze sportem. Kątem ucha podsłuchałem przedwczoraj trójkową dyskusję o (planowanych?) marszach zwolenników legalizacji Marii Juanity. Kwestia marszów samych w sobie niespecjalnie mnie dotyka. Owszem, z różnych powodów nader często bywałem ostatnio w naszej nadobnej stolycy, ale na co dzień mieszkam w dziupli, gdzie masowe demonstracje odbywają się równie często, co trzęsienia ziemi. Znacznie bardziej interesuje mnie zagadnienie legalizacji (lekkich) narkotyków. O nie, wcale nie jestem jakimś piewcą wspaniałości Zioła. Nie noszę konopnego listka wytatuowanego na klacie, ani nawet dyndającego na łańcuszku. W ogóle dorabianie ideolo do używek uważam za straszne gówniarstwo (t.s.d, w swoich czasach chmurnych i durnych udało mi się stworzyć punkową odę do taniego wina).

 

Niemniej - przyznaję się bez cienia wstydu - zdarza mi się popalać zielsko. A że z czasów chmurnych i durnych dawno wyrosłem i urok zakazanego owocu niespecjalnie już na mnie działa, chciałbym to robić bez zbędnej adrenaliny i strachu o to, że przyskrzyni mnie jakiś nadgorliwy mundurowy. Co więcej, niejako przy okazji miałbym szansę na kolejne patriotyczne uniesienia.

 

Poza tym, za liderem jednej ze swoich ulubionych kapel (wiem, żaden autorytet, ale łeb na karku facet ma) twierdzę, że narkotyki są dla ludzi (ale nie dla wszystkich ludzi). To samo można by w zasadzie powiedzieć o wszystkich innych używkach: alkoholu, papierosach, nawet niewinnej kawie, czy czekoladzie. I patrzcie państwo, tych akurat (prawie) nikt delegalizować nie zamierza. Owszem, jestem w pełni świadom, że dopisek „ale nie dla wszystkich" oznacza, iż istnieją ludzie, w przypadku których kontakt z narkotykami jest wybitnie niewskazany. Tylko czemu cała reszta ma cierpieć z ich powodu?

 

Zawężając rzecz ponownie do samej marihuany, koronnym argumentem przeciwników jej legalizacji jest, jak mi się zdaje, coś w stylu: „od trawki się tylko zaczyna. Potem jest koks, hera, HIV i śmierć w rynsztoku". W większości przypadków - piramidalna bzdura. Doskonałym dowodem na to jest choćby piszący te słowa, który popróbował bardzo różnych specyfików, by szybko dojść do wniosku, że po większości z nich raczej źle się czuje i na zawsze zawiesić podobne eksperymenty. Aha, nie mam ani HIVa, ani zamiaru umierać w rynsztoku. Jasne, istnieją/li ludzie, którzy powielili w/w tragiczny schemat. Ale równie dobrze można by napisać, że zaczyna się od piwka, potem idzie wóda, wynalazki, denaturat... To co, zdelegalizować piwko?

 

 

Kropka.

 

Wracając do futbolu, po wczorajszym meczu w Turynie mam w głowie pokaźny mętlik. Cieszyć się z odzyskanego w dramatycznych okolicznościach remisu, czy martwić straconym dwubramkowym (!) prowadzeniem? Przyklasnąć wyjazdowemu remisowi z włoskim klubem, czy pamiętać, że dziś Juventus to tylko wielka nazwa, a w drużynie zostało ledwie dwóch wielkich piłkarzy, z których jeden ma wielkie problemy z kontuzjami i nie zagrał, zaś drugi coraz większy garb wieku na plecach? Wynosić pod niebiosa Rudnevsa, czy ciskać gromy na Kotorowskiego i Arboledę? Chwalić włodarzy Lecha za to, że ostatecznie ściągnęli Łotysza, czy ganić ich, że zrobili to tak późno? Patrzeć z optymizmem w ligoeuropejskową przyszłość Kolejorza, czy trzeźwo założyć, że wczorajszy punkt może być tak pierwszym, jak i ostatnim w tych rozgrywkach?

 

Nie wiem. Jestem w kropce.


oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Pasiasty pat.

niedziela, 12 września 2010 23:42

Po dwóch wrzutach na początek sezonu 2009/10 (0:2 ze Śląskiem we Wrocku, 2:6 z Lechią w Sosnowcu) Artur Płater ustąpił miejsca na ławce trenerskiej Cracovii Orestowi Lenczykowi. Ów wykonał postawione przed nim zadanie - utrzymał zespół w lidze. Fakt, że Pasy pod jego wodzą grały zazwyczaj tak, że szkliwo mi się darło na zgrzytających zębach, a i osiągnięcie w/w celu niemal do samego końca pozostawało niepewne, ale co tam. Liczy się to, że udało się skończyć nad kreską. Poza tym, cóż, Lenczyk nie w kij dmuchał trener, doświadczenie ma jak mało kto, we łbie też chyba poukładane jak należy, zatem logika podpowiadała, że w następnym, czyli bieżącym sezonie, z poustawianym już wyłącznie po swojemu zespołem, może mu iść tylko lepiej.

 

Jednakże prezes profesor - nie po raz pierwszy niestety! - niezbyt się logiką przejął. A może inaczej - zadziałał wg. własnej logiki, podszeptującej mu czule do uszka, że oto powiało nowym. Że na nowym stadionie trzeba zainstalować w zasadzie nowy klub. I tak to pożegnano starego Lenczyka, paru starych graczy (Areeek!!!) i w ogóle wszystko, co stare. Całe szczęście, że barwy klubowe pozostały te same. Z nowych spraw pojawił się świeży dyrektor sportowy, paru grajków - jakże by inaczej - z Holandii, no i oczywiście nowy szkoleniowiec w postaci Rafała Ulatowskiego.

 

Piknie miało być i nadobnie.

 

A tym czasem w pięciu pierwszych meczach bieżącego sezonu „nowa" Cracovia ma zupełnie stary problem w postaci niebezpiecznej bliskości dna tabeli. No dobra, w miarę nowy jest błyskawiczny i radykalny sposób przyssania do tegoż dna. Podopieczni Ulatowskiego przegrali równiutko wszystkie swe dotychczasowe mecze, notując upokarzający bilans bramek 5:14.

 

A nie no, pewnie. Można by na upartego wymamrotać, że cztery z tych pięciu porażek były minimalne, odniesione nie wskutek stylu gry zespołu - który niby od biedy da się uznać za przyzwoity - lecz różnych innych, niezależnych okoliczności, jak choćby pech, czy zaćmienie umysłu arbitra. Ale fakt pozostaje faktem. Środek tabeli - gdzie, jak mniemam, Pasy powinny się plasować - odjechał już na siedem punktów. W kalendarzu próżno dziś szukać meczów, które mogły by ujść za łatwe. Słowem: ledwie wrzesień się zaczął, a już nad Cracovią unosi się mdły fetor degradacji.

 

Być może w zaistniałej sytuacji w prezeso-profesorskiej głowie zapadła już decyzja o dalszym unowocześnianiu, czyli zastąpienia trenera nowego jeszcze nowszym. Ani trochę bym się nie zdziwił. Przeciwnie, taka perspektywa wydaje mi się instynktownie kusząca. Bo Ulatowskiego nigdy nie lubiłem. Facet wydaje mi się jednym z największych hochsztaplerów rodzimego futbolu. Taki Czesław Michniewicz bis, tylko mniej sympatyczny. Nawet jednak zostawiwszy moje osobiste preferencje na boczku, trener powinien odpowiadać za wyniki. I co by nie mówić o pechu, zaćmieniach, etc., pięć porażek z rzędu na inaugurację nie powinno przejść bez echa.

 

Tyle, że trudno powiedzieć, jakie niby pozytywy miałaby przynieść (przyniesie?) taka zmiana. O efekcie nowej miotły nie ma sensu nawet wspominać. W końcu ta obecna nie zdążyła się nawet zakurzyć. Zmiany personalne w składzie? Taktyczne? No super, ale zanim one zaczną działać - o ile w ogóle zaczną - Cracovii odjedzie nie tylko środek tabeli, ale i w ogóle cała pozostała ligowa piętnastka. Wreszcie - kto to niby miałby być, ten nowy, lepszy szkoleniowiec? Polski rynek wydaje się do cna wydrenowany, a poszukiwania kogoś z zagranicy w chwili obecnej przypominałyby rozglądanie się za czarnym kotem w ciemnym pokoju, w którym nigdy żadnego kota nie było.

 

A zatem - okazać cierpliwość, dać jeszcze jedną (i następną, i następną) szansę Ulatowskiemu i czekać na poprawę? Też bez sensu. Argument o odjeżdżaniu piętnastki jest aktualny także w tym przypadku. Co więcej, kolejne ligowe bęcki łacno mogą sprawić, że do szatni Pasów wchodzić się będzie jak do hospicjum.

 

Pat. Pasiasty Pat. I to wcale nie jest tak, że jeden z ulubionych kreskówkowych bohaterów moich córek wybiegnie niebawem na boisko w barwach Cracovii. A szkoda. Przynajmniej byłoby nieco weselej.

 

pees.

 

Uzupełniając poboczny wątek poprzedniej notki - @Ulesław: przyszedłem na świat dokładnie osiem lat później, niż Tomasz Rząsa;)


oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Ratunku, policja!

niedziela, 29 sierpnia 2010 2:06

Wiodę - a przynajmniej próbuję wieść - żywot człowieka poczciwego. Mam żonę i dwoje dzieci. Staram się być dobrym mężem i ojcem. A także obywatelem szanującym prawo, miłującym (s)pokój i sumiennie płacącym podatki. Nigdy nie byłem karany za przestępstwo popełnione umyślnie. Nigdy zresztą takiego nie popełniłem. Lista moich wykroczeń obejmuje jedynie kilka - dokonanych w wieku głupionastoletnim - drobnych kradzieży, parę pobić (zwykle z rewanżem), coś tam z obyczajówki i ewentualnie okazjonalne posiadanie nielegalnych substancji odurzających. Niewiele, prawda?

 

A mimo to byłem kiedyś - z przyczyn do dziś nieustalonych - podejrzany o zamach bombowy, wyłudzanie haraczu i parę innych strasznych rzeczy. Przesłuchiwano mnie dość intensywnie przez ładnych kilka godzin, wnikliwie (czyt. robiąc niezły burdel) przeszukano moje mieszkanie, pan prokurator był tak przekonany o mojej winie, że aż podobno - nie wiem, nie sprawdzałem - puścił zaprzyjaźnionej dziennikarce cynk o sensacyjnym materiale. Dziś cała heca wydaje mi się zabawna, ale te parę lat temu byłem, choć czysty jak łza, ciężko przerażony.

 

* * *

 

Prawo Jazdy posiadam od niespełna dwunastu lat. Przejechałem dotychczas - mierząc na oko - jakieś trzysta tysięcy kilometrów. Przez ten czas i na tym dystansie udało mi się uzbierać ledwie dwadzieścia punktów karnych. Trzy razy sześć za przekroczoną prędkość plus dwa za zignorowany stop. Niewiele, prawda?

 

A mimo to... nie, inaczej. Początek sierpnia br., późno wieczorem. Miejscowość Sterławki Wielkie, woj. warmińsko-mazurskie. Zwalniam, bo za chwilę chcę skręcić w prawo, na Ryn. Jednak już za zakrętem, pod nieczynną stacją benzynową stoi radiowóz, a obok niego energicznie machający lizakiem policjant. Parkuję więc obok granatowego Mondeo i posłusznie otwieram okno. Przez następną godzinę (!!!) koleżanka energicznego wymachiwacza lizakiem robi wszystko i jeszcze trochę, aby tylko wlepić mi mandat. Mam wrażenie, że za chwilę spyta o stan mojego uzębienia. Na własne szczęście wszystkie papiery mam w idealnym porządku, w takim też stanie jest moje nobliwe kombi. Bo gdyby brakowało mi np. gaśnicy - sprzętu w samochodzie kompletnie zbędnego, do ugaszenia płonącego auta potrzeba ponoć minimum pięciu sztuk - bez wątpienia odjechałbym uboższy o parę złotych, bogatszy za to o kilka „oczek" na koncie.

 

* * *

 

Wszystko powyżej to tak naprawdę pierdoły.

 

W osiemdziesiątym dziewiątym miałem osiem lat. Za mało, by cokolwiek na poważnie rozumieć z tego, co się wokół mnie działo. Przez całą swoją świadomą egzystencję słyszę, że żyję w lepszym, gorszym, ale jednak demokratycznym państwie prawa. Że na swoje szczęście nie doświadczyłem choćby namiastki systemu represji. Że nie wiem, co to znaczy być zatrzymanym bez nakazu, przesłuchiwanym i sądzonym bez obrońcy.

 

No to się dowiem.

 

„Kilkaset zatrzymanych osób angażujących znaczne siły policyjne", o których raczy mówić JE minister Kwiatkowski to choćby kibice Legii zaaresztowani plus/minus dwa lata temu podczas marszu na derby. Kilkadziesiąt osób - rozumiem, że np. trzydzieści pięć to też „kilkadziesiąt" - można (?) zatrzymać na w zasadzie każdym meczu. Znając moje łysawe szczęście, kiedyś znajdę się w takiej liczbie. I to pewnie prędzej, niż później.

 

Do tej pory przynajmniej mogłem liczyć na adwokata.

 

 

pees.

Jeśli się komuś wydaje, że przesadzam, wyolbrzymiam, czy cokolwiek, niechże sobie łaskawie w miejsce kibiców wstawi gejów, lesbijki, obrońców krzyża...

 

pepees.

Tytuł wziąłem oczywiście stąd.


oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Tombakowa polska jesień.

piątek, 27 sierpnia 2010 11:43

Został nam się jeden.

 

Do rozpoczęcia właściwych zmagań w bieżącej edycji europejskich pucharach doczłapał się ledwie jeden polski zespół. A właściwie nie „doczłapał", a „dopełzł", bo tegoroczne kontynentalne poczynania Lecha naprawdę trudno określić jakimś bardziej pozytywnym słowem. Jasne, można by sarkastycznie parsknąć, że to i tak lepiej, niźli przed rokiem. Można też z pewną taką nieśmiałością cieszyć się z perspektywy dodatkowych sześciu występów rodzimej drużyny w europejskich zmaganiach. Można, ale...

Tuż po zakończeniu poprzedniego sezonu uważałem, że za sukces będzie można uznać obecność Lecha w grupie LM i awans Wisły do analogicznego szczebla LE. I nadal zdania nie zmieniłem, stąd też - mimo iż Kolejorz ostatecznie wyrzucił Dnipro za burtę - wciąż węszę smród klęski.

 

Rozproszenie odpowiedzialności.

 

A właściwie dwóch klęsk. Wbrew lamentom i „jawiedziałemżetakbędziom" najprzeróżniejszych, pożal się Boże, ekspertów, uważam, że przegrała nie polska piłka, nie ekstraklasa nawet, a dwa konkretne kluby. O dwóch pozostałych, Ruchu i Jagiellonii, trudno w zasadzie powiedzieć złe słowo. Dla pierwszego występy w Europie stanowiły li tylko bonus za niespodziankę w poprzednim sezonie. Chyba tylko najbardziej niepoprawni fanatycy Niebieskich mogli oczekiwać, że ich zespół, nie tylko nie wzmocniony, ale poważnie osłabiony, cokolwiek w pucharach zwojuje. Z kolei Pszczółki zaliczyły absolutny debiut na kontynencie i mimo porażki wcale nie muszą się wstydzić. Generalnie obie ekipy przegrały z rywalami, z którymi według wszelkiej logiki przegrać zwyczajnie powinny. Nie ma więc tu mowy o żadnej kompromitacji.

Niestety, zupełnie odwrotnie rzecz się przedstawia w przypadku krakowskiej Wisły. O ile zeszłoroczny blamaż z Levadią dało się jeszcze tłumaczyć jako jednorazową wpadkę, kumulacje pecha etc., tak tym razem po prostu ręce opadają. Dokładnie to samo tyczy się Lecha.

Nie trafiają do mnie ani argumenty zapiekłych krytykantów polskiego futbolu, ani też jego równie zajadłych obrońców. Nie. To, co pokazały ekipy z Krakowa i Poznania, to nie jest prawdziwy obraz rodzimej piłki. Nie jest też tak, że nie mamy piłkarzy, którzy byliby w stanie poradzić sobie z ligowcami z Azerbejdżanu, czy nawet wyjątkowo słabiutkim Mistrzem Czech. A już na pewno nie jest prawdą, że polskie kluby są za biedne (!!!), by z sukcesami rywalizować z kontynentalną konkurencją. Na co tydzień oglądam mecze Ekstraklasy. Znajduję w nich sporo emocji, ładnych zagrań, ciekawych pojedynków. Skąd więc takie kompromitacje?

OK., można zrzucić winę na niedogodność kalendarza. Można znów powrócić do dyskusji o kształcie ligi, czy systemie rozgrywania sezonu. Można też - wyhaczyłem to gdzieś w Canal+ - pomyśleć o czymś na kształt niemieckiego Ligapokal, przedsezonowego turnieju dla najlepszych ekip poprzednich rozgrywek. Można, ale to wszystko są zaledwie tematy zastępcze.

 

O złej tańcownicy.

 

Bo tak naprawdę profesjonalny klub powinien umieć przygotować się do pucharów bez względu na to, czy zaczyna je we wrześniu, czy w lipcu. Tymczasem wszechwładny na Reymonta Bogusław Cupiał od lat stara się udowodnić, że jego klub absolutnie profesjonalny nie jest. Systematyczne osłabianie składu, niezrozumiałe (by nie rzec: idiotyczne) roszady trenerskie, kompletny brak inwestycji w szkolenie i skauting - o tym wszystkim napisano już tomy. Być może teraz, po zatrudnieniu holenderskiego duetu dyrektorsko-trenerskiego, coś pójdzie w dobrym kierunku. Tyle, że „teraz" = „po kompromitacji z Karabachem". Kompromitacji, której spokojnie dało się uniknąć choćby zastępując Skorżę kimś sensowniejszym, niż Kasperczak i przynajmniej utrzymując skład z poprzedniego sezonu.

 

O Księżycu, co to go nikt ukraść nie chce.

 

Przez ostatnie półtorej dekady awans polskiego klubu do Ligi Mistrzów stał się bez mała tym, czym dla przeciętnego Kowalskiego wyprawa na Srebrny Glob. Strasznie to frustrujące. Zwłaszcza, że przecież od ostatnich widzewskich kroków po księżycowym gruncie stąpały po nim także drużyny wcale niekoniecznie od naszych mocniejsze. Poza tym, dobry wujek Michel wytrwale stara się nam pomóc. Usuwa nam z drogi co większych tuzów, te wszystkie Reale, Barcelony, Manchestery itepe. Niemalże drabinę podstawia. I nic. Ciągle nic.

Coś miało drgnąć w tym roku. No bo przecież do boju o wyśnioną Champions League przystąpił wreszcie Lech, klub przez ostatnich kilka lat chwalony - i nie bezpodstawnie przecież! - nieomal za wszystko. Świetni kibice, kapitalni jak na rodzime warunki piłkarze, wciąż rosnący piękny stadion, wreszcie rozsądny zarząd, który miał stanowić gwarancję, że sprawy na Bułgarskiej wciąż będą przybierać jedynie właściwy obrót.

Niestety, to właśnie poznańscy ludzie u władzy zawiedli najbardziej. O tym, że transfery Lecha były kiepskie i jakby nie w porę, też już pisało się wiele. Tak samo o kompletnie niewykorzystanych wpływach z odejścia Roberta Lewandowskiego. Dolewając goryczy do tej czary można też wspomnieć o katastrofalnej murawie. A także o tym, że nie zrobiono wszystkiego, aby stadion został oddany na czas. Może trudniej byłoby zdobyć Twierdzę Poznań, gdyby liczba jej głośnych obrońców była trzykrotnie wyższa, niż choćby w meczu ze Spartą?

Tak, czy inaczej, Lech dołączył do grona polskich klubów, które w Lidze Mistrzów grać... nie mogły? Nie, nie chciały, przestraszyły się, zrejterowały. Tymczasem już za moment kolejną (!) flagę Słowacji zatknie na Srebrnym Globie MSK Żylina, nota bene pogromca praskiej Sparty...

 

Tombak.

 

Jasne, będzie Liga Europy - też fajne rozgrywki - co jeszcze parę dni temu wydawało się mało realne. Zaraz losowanie, można trafić na naprawdę ciekawe ekipy. Co więcej, trochę racji ma współkomentujący wczorajszy mecz Roman Kołtoń. Za chwilę do składu Kolejorza wrócą Peszko, Bosacki i Injac, będzie można zgłosić Rudnevsa (bodaj jedyne sensowne wzmocnienie Lecha, może obok Kiełba) i personalnie poznaniacy na pewno będą mocniejsi. A co za tym idzie, może będą emocje. Może, wzorem Franza Smudy, Jacek Zieliński dotrwa ze swoim Lechem do wiosny.

Ale i tak ta nasza piłkarska jesień, zamiast złota, będzie co najwyżej pozłacana.


oceń
0
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

Escape.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010 15:13

There's still time to escape śpiewa w bezdyskusyjnie genialnym All Those Yesterdays niejaki Eddie Vedder.

 

Wróciłem po urlopie do domu. Dom niby stoi, wszystko - na szczęście! - pozostało na swoim miejscu. Ale... Ale powrót do domu to w tym przypadku także powrót do szerszego świata. I tu już, niestety, wcale nie jest kolorowo.

 

W sprawach naprawdę ważnych: po trzech kolejkach pod wodzą nowego, och-ach-jakże genialnego trenera Ulatowskiego Cracovia ma dokładnie tyle samo punktów, ile miała przed tymi meczami. W pucharach ogólna rzeź. Kadra? Eee... Cóż...

 

W sprawach nieco mniej ważnych: każdy możliwy serwis informacyjny, bez względu na medium i redakcję, atakuje mnie obrazami zgrai idiotów profanujących symbol, którego ponoć bronią. Ostatnio jakby zaczyna brakować im pary, ale niesmak i tak pozostanie. I to nie „jakiś taki", a całkiem porządny. Gdzieś w cieniu tego paranoicznego cyrku „lyberalny" rząd podnosi podatki i zapowiada jakąś „ofensywę legislacyjną". Którą zresztą pewnie przeprowadzi, no bo i kto niby miałby mu w tym przeszkodzić? Zgroza.

 

Pierwszą moją myślą po powrocie było: „przepakować worki, zadzwonić do jednej i drugiej roboty i powiedzieć, że jeszcze przez troszeczkę nas nie będzie i hajda!" Ciekaw jestem jak długo uda mi się tej myśli opierać.

 

Bo wiecie, Wigry to najpiękniejsze jezioro na świecie. Woda w Czarnej Hańczy bywa naprawdę czarna, a do tego wciąż diablo czysta. Gdybym miał się kiedyś utopić, to tylko tam. A do tego w drewnianej knajpie w Starym Folwarku serwują nieprzyzwoicie przepyszną babę ziemniaczaną.

 

A dalej na zachód i północ są jeszcze różne Niegociny, Mamry i w ogóle. A na końcu Ryn.

 

I wreszcie: It's no crime to escape.


oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

[']

piątek, 16 lipca 2010 10:41

Stałem wczoraj na balkonie zapijając kawą porannego papierosa. Jeszcze dwa łyki, dwa sztachy, zejdę na dół, wsiądę do samochodu - w mordę, mogłem go umyć - i wybiorę się służbowo pokręcić po okolicy. Zadzwonił telefon. Nie jedź ósemką przez Ostrów zatrzeszczał w słuchawce głos kolegi był tam podobno jakiś poważniejszy wypadek.

 

Podziękowałem, zastosowałem się. Zresztą, krótki, parokilometrowy odcinek S8, służący za obwodnicę Ostrowi Maz., był mi wczoraj kompletnie nie po drodze.

 

Znam tę drogę jak własną kieszeń. Jak pisałem wyżej, ledwie kawalącik „eski", trudno nawet porządnie się rozbujać, ale każdy zwykle się stara, bo na zatłoczonej „ósemce" drugi pas, niechby i krótki, to czyste zbawienie.

 

Wróciłem do domu późnym popołudniem. Przytuliłem żonę, pobawiłem się z córką, zjadłem obiad. Nieco później pstryknąłem Polsat. A po jakiejś chwili z ust Mateusza Borka usłyszałem o tym.

 

„Przemęczenie spowodowane długotrwałą jazdą"? Cóż, jeśli wyruszyli z Krakowa, mieli za sobą niespełna czterysta kilometrów drogi. A przed sobą prawie drugie tyle.

 

Za Wisłą, co tu kryć, delikatnie rzecz ujmując nie przepadam. Ale mam przeczucie, że gdzieś-tam-wysoko jest stadion bez sektorów, na który można swobodnie wejść, bez względu na to, czy na koszulce ma się gwiazdę, pasy, elkę, czy cokolwiek bądź innego.

 

Cześć Twojej pamięci, stary. A Wy tam, reszta, trzymajcie się, do cholery!

 

pees.

Wyjeżdżam na weekend. Tym razem przez Ostrów. Gdzieś tam po drodze się przeżegnam.


oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Mundialowy Pamiętnik - Epilog.

środa, 14 lipca 2010 0:56

I już. Koniec. Za nami miesięczne futbolowe bachanalia. Jak co cztery lata, trudno mi się z tym pogodzić. Nie mogę się przyzwyczaić do myśli, że jutro, pojutrze, popojutrze nie włączę telewizora i nie zobaczę tego, co w piłce nożnej najlepsze. Jasne, zostaje zaczynająca się za chwilę ligowa młócka. Wystartowały już europuchary (jakby kto nie wiedział, Lech zrobił dziś pierwszy kroczek w stronę Ligi Mistrzów). Ale...

Ale to dobrze. Mundial musi być co cztery lata, inaczej nie byłby Mundialem, tylko zwykłymi rozgrywkami, porównywalnymi z klubową kopaniną. Do 2014 kupa czasu. Wystarczy, żeby znów się stęsknić.

 

No właśnie! nigdy nie rościło sobie pretensji do obiektywizmu. A ten konkretny cykl, nawet na tle subiektywnej reszty, jest bardzo skażony osobistym spojrzeniem. Rozumiem zatem, że poniższa próba podsumowania paru osobom może się wydać cokolwiek kontrowersyjna. W razie czego, z chęcią popolemizuję. Do rzeczy, najpierw zespołowo:

 

WYGRANI:

 

Mistrz.

Mistrz to Mistrz i choćby z tego tytułu krytykowanie go ma słabe podstawy. Zwłaszcza, że po pierwsze, w futbolu Mistrzem się nie bywa. Mistrzem się jest. Na zawsze. A po drugie, moim skromnym zdaniem Hiszpanie, wbrew dość powszechnej opinii, niezbyt na krytykę zasłużyli.

Typowa ekipa turniejowa. Zaczęła słabiutko, od cokolwiek kompromitującego 0:1 ze Szwajcarią. Potem było trochę lepiej, jeszcze lepiej, aż wreszcie nastąpiła finałowa kulminacja. Że Czerwona Furia nie zachwycała błyskotkami, nie prezentowała oszałamiających sztuczek w ofensywie? No nie. Ale za to defensywę, organizację gry miała na poziomie wręcz niebotycznym. Chapeaux bas!

 

POZOSTALI PÓŁFINALIŚCI

Jasne, apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc Holendrzy i Niemcy mogą nie być tak do końca zadowoleni. Niemniej, o czym często już w poprzednich odcinkach MP pisałem, zapewne i jedni, i drudzy przed turniejem w ciemno wzięliby srebro/brąz. I jedni, i drudzy zadziwili świat pokazując mu zupełnie dotąd nie znane oblicze. Holendrzy - żelazną dyscyplinę. Niemcy, niejako odwrotnie - fantazję i polot.

Na osobne słowa uznania zasłużył Urugwaj. Co prawda, słodziłem Błękitnym już dużo, ale gdy się należy, nigdy za wiele. Powtórzę więc: +/- trzy i pół miliona mieszkańców. Tradycje piękne, ale bardzo już zakurzone. I zespół, który nigdy się nie poddaje. Gryzie, drapie, szarpie, w razie czego wybija piłkę z bramki rękoma. No i ten niesamowity Forlan. Jak dla mnie, drużyna tego turnieju.

 

Na tym jednak lista zwycięzców się nie kończy. Ghana dzielnie broniła honoru Afryki na pierwszym afrykańskim Mundialu, który w pewnym momencie zwiastował totalną klęskę ekip z Czarnego Lądu. Co prawda podopieczni Rajevaca dramatycznie i cokolwiek na własne życzenie przegrali ze wspomnianym wyżej Urugwajem, ale głowy mogą nosić wysoko. Paragwaj też, bo przecież osiągnął historyczny sukces meldując się w najlepszej ósemce MŚ. I nikt mi nie wmówi, że znalazł się tam niezasłużenie. Dotychczas w powszechnym odczuciu anonimowe Chile błysnęło Joga Bonito i zarobiło sporo sympatyków wśród neutralnej publiczności. Słowacji w debiutanckim wystepie na Mundialu udało się wyjść z grupy. Wreszcie Nowa Zelandia pokazała, że grać potrafi nie tylko w rugby. I choć reprezentanci tego kraju nadal znacznie lepiej biegają za jajowatą piłką, niż kopią okrągłą, to i tak Cali Biali zaliczyli co najmniej dobry występ.

 

Tyle w temacie miodu. Teraz dziegieć.

 

PRZEGRANYCH również było sporo. Ku mojej osobistej rozpaczy ich klasyfikację otwierają reprezentacje Argentyny i Włoch. Zarówno o Albicelestes, jak i o Azzurrich sporo już pisałem i - jeśli pozwolicie - nie zamierzam tych ran na nowo rozdrapywać. Smuci mnie również, że klapę zaliczyła Brazylia. Za Kanarkami przepadam akurat raczej słabo, aczkolwiek ta ich odsłona zdecydowanie mi się podobała. Gdybym był Brazylijczykiem, bardzo zmartwiłbym się zmianą selekcjonera. Śmieszą mnie opinie, że Canarinhos Dungi to już nie to, co kiedyś. Facet zrobił wszystko to, co powinien zrobić selekcjoner. Właściwie oszacował potencjał swego zespołu, jego mocne i słabe strony i wyciągnął jak najbardziej trafne wnioski z tych szacunków. Owszem, tym razem się nie udało. Zabrakło piętnastu, może dwudziestu minut koncentracji w meczu z Holandią. Zabrakło też tak zwyczajnie odrobiny szczęścia. A że nie było jakiegoś technicznego błysku, wiązania krawatów nogami i takich tam? Cóż, jak ktoś lubi pokazy żonglerki, niech ogląda... pokazy żonglerki, a prawdziwe mecze sobie odpuści.

 

Niezbyt miło będą też, jak sądzę, wspominać ten Mundial Portugalczycy i Meksykanie. Dla pierwszych to chyba zmierzch ich potęgi. W tej drużynie od dawna brakuje tuzów na miarę Rui Costy, Paulo Sousy, czy nawet - o zgrozo! - Pedro Paulety. Sam Cristiano Ronaldo tego wózka nie pociągnie. Zwłaszcza, że ciągnie go tak, jakby to robił za karę. El Tri z kolei po raz kolejny zmarnowali ogromny potencjał, jaki od lat posiadają. Owszem, mogą mieć uzasadnione pretensje do sędziego za to, że uznał bramkę Teveza w meczu z Argentyną. Ale czy naprawdę ktoś wierzy, że gdyby nie uznał, to wszystko potoczyłoby się inaczej?

 

W podobnej sytuacji do swych sąsiadów z CONCACAF znaleźli się Amerykanie. Mój cichy faworyt zaliczył najsłabszy Mundial od lat i zamiast spodziewanego progresu, pokazał wyraźny regres. Szkoda.

 

RPA jest pierwszym w historii gospodarzem Mundialu, który swój udział w nim zakończył na fazie grupowej. Ale biorąc pod uwagę znikomy potencjał Bafana Bafana, w zasadzie należało się tego spodziewać. I tak dobrze, że sędziowie nie ciągnęli ich za uszy jak niegdyś Koreańczyków. Natomiast niespodziewanie fatalnie wypadły pozostałe zespoły z Afryki. Poza gospodarzami właśnie i wspomnianą wyżej Ghaną, Nigeria, Algieria, Kamerun i WKS spowodowały, że opowieści o historycznym medalu dla Czarnego Lądu wyglądają obecnie na kiepski żart. O ile przeciętnych Algierczyków, pozbawionych raczej zarówno zbyt wysokich aspiracji, jak i możliwości, można jakoś usprawiedliwić, tak pozostała trójka, wypakowana gwiazdami światowego futbolu, ma wszelkie powody do wstydu. Może gdyby na MŚ zagrał Egipt... Ale cóż, Faraonowie sami są sobie winni.

 

Ostatnią w tym zestawieniu reprezentację Anglii umieszczam w kategorii przegranych po długim i wnikliwym namyśle. Bo owszem, wg. swoich własnych oczekiwań (podzielanych, a jakże, przez naszych polskich anglofili) Wyspiarze ponieśli sromotną klęskę. Ale tak naprawdę, czy kresem możliwości drużyny złożonej z przereklamowanych gwiazdorków i totalnych patałachów nie jest ćwierćfinał, do którego przy lepszym losowaniu może by dotarli? Moim zdaniem jest. I jeśli Anglicy chcą przestać być wiecznymi wirtualnymi mistrzami świata, dobrze by dla nich było, gdyby zdali sobie z tego sprawę.

 

A teraz czas na indywidualności.

 

WYGRANI:

 

Diego Forlan. Facet, który kiedyś nie sprawdził się w Man Utd, co w mniemaniu polskich anglofili kompletnie skreśla go jako piłkarza. Potem pograł trochę w Villarreal, by w 2007mym trafić do madryckiego Atletico. Właśnie zakończony sezon jest bez wątpienia kulminacją jego kariery. Najpierw walnie przyczynił się do wygrania LE przez Rojiblancos, by potem doprowadzić Urusów do czwartego miejsca na świecie.

 

Rok temu Wesley Sneijder przechodził z Realu do Interu jako talent niespełniony, a już wypalony. Dwanaście miesięcy później ma na koncie potrójną koronę w barwach Nerazzurrich i srebro MŚ z Oranje. Wszystkie te sukcesy raczej nie byłyby możliwe bez jego udziału. Gdyby nie zgasł w finale Mundialu, byłby - w mojej skromnej opinii - najpoważniejszym kandydatem do Ballon d'Or.

 

Andres Iniesta trafia rzadko, ale jak już trafi... Nie w samych golach jednak jego wielkość. Tych faktycznie jest relatywnie niewiele. Ale i tak mowa o piłkarzu z innej planety. Rivaldo podobnież usłyszał kiedyś „patrz i zapamiętaj. Na starość będziesz się chwalił, że trenowałeś z Iniestą". Nie mogę sobie przypomnieć, kto te słowa wypowiedział. Wiem, że ani trochę niepozornego gracza Barcelony nie przecenił.

 

Thomas Müller w ciągu dwunastu miesięcy przebył drogę od zera do bohatera. Od anonimowego gracza rezerw Bayernu do króla strzelców i bezdyskusyjnego odkrycia Mistrzostw Świata oraz podpory reprezentacji Niemiec. Zwykle sceptycznie spoglądam na teorie w stylu „skoro on już teraz tyle potrafi, to za parę lat ho-ho!" Ale tego chłopaka należy chyba bardzo uważnie obserwować.

 

Luis Suarez strzelił na Mundialu trzy gole, ale pamiętany będzie i tak ze swej „interwencji sezonu" w meczu z Ghaną. Pisałem już o tym wcześniej, ale powtórzę: kompletnie nie rozumiem dość wyraźnego tu i ówdzie oburzenia na Urugwajczyka. Jako kibic zdecydowanie oczekiwałbym, że każdy piłkarz na jego miejscu zrobi dokładnie to samo.

 

Vicente del Bosque udowodnił, że potrafi wyjść z cienia swego wielkiego poprzednika. Nawet, jeśli przez większość turnieju faktycznie troszeczkę sabotował własną drużynę na siłę wstawiając Fernando Torresa do pierwszej jedenastki, to i tak w końcu został Mistrzem Świata. I co mu zrobić?

 

Bert van Marwijk i Joachim Löw są bez wątpienia odpowiedzialni za fenomenalną odmianę stylu swych drużyn i wielkie sukcesy, o których pisałem wyżej.

 

Oscarowi Tabarezowi, Gerardo Martino i Marcelo Bielsie Ameryka Południowa zawdzięcza to, że choć ten Mundial znów skończył się dla niej bez medalu, to jednak nie okazał się kompletną klapą.

 

Oprócz w/w, zakończone właśnie Mistrzostwa bez wątpienia pozytywnie wspominać mogą Eduardo, Maarten Stekelenburg, Iker Casillas, Fabio Coentrao, Philip Lahm, Arne Friedrich, Jorge Fucile, Diego Lugano, Bastian Schweinsteiger, Sami Khedira, Miroslav Klose, Mesut Özil, David Villa i pewnie wielu innych, którzy akurat w tej chwili nie przychodzą mi do głowy.

 

PRZEGRANI:

 

Lionel Messi, Cristiano Ronaldo. Dwaj gracze uważani - nie bezpodstawnie przecież! - za dwie największe gwiazdy dzisiejszego futbolu. Ich łączny mundialowy dorobek mówi sam za siebie: jeden kompletnie przypadkowy gol i jedna asysta przy golu ze spalonego. Obaj jak od zawsze właściwie nie potrafią przenieść formy z klubu do kadry, tak i nie potrafili na tych Mistrzostwach. Różni ich jedynie tyle, że Leo raczej się chciało, Cristiano raczej nie. Kompromitacja.

 

Fabio Cannavaro. Najlepszy występ na tym Mundialu kapitan Azzurrich zaliczył w... finale. Szkoda, że był to występ w takiej, a nie innej roli. Nad tym, co wcześniej wyprawiał na boisku, przez szacunek należy spuścić zasłonę litościwego milczenia.

 

Felipe Melo. To chyba nie wymaga komentarza, prawda?

 

Diego Maradona i Marcello Lippi. Dzieli ich w zasadzie wszystko. Pierwszy to ex-bóg futbolu na boisku, ale trenerski gringo. Drugi - piłkarz taki sobie, ale jako szkoleniowiec Mistrz Świata sprzed czterech lat, zwycięzca Ligi Mistrzów i wielokrotny zdobywca Scudetto, prawdziwy guru w tym fachu. Łączy tylko jedno - na tym Mundialu efekty ich pracy były odwrotnie proporcjonalne do oczekiwań.

 

Fabio Capello. Podjęcie przezeń pracy z reprezentacją Anglii od początku wydawało mi się pomysłem zdecydowanie chybionym. Mundial tę opinię potwierdził. Owszem, jak pisałem wyżej, z tym składem trudno byłoby osiągnąć jakiś znacząco lepszy rezultat. Jednakowoż Don Fabio jest jak najbardziej współwinny pompowania angielskiego balona. Co więcej, popełnił błędy w sferze przygotowania mentalnego i taktycznego, które trenerowi tej klasy absolutnie nie powinny się przytrafiać. Wstyd.

 

John Terry, Steven Gerrard, Didier Drogba i reszta „przemęczonych" gwiazdeczek, (tak się zabawnie składa) głownie z Premier League. Jak to się stało, że Forlan, Xavi, Schweinsteiger i inni mogli wytrzymać sezon i błyszczeć na Mundialu, a ci w/w nie bardzo? Kwestia jest prosta. Jeśli nie potrafisz wznieść się na wyżyny w piłce reprezentacyjnej, pozostaniesz gwiazdą klubową. A tu jest tak, jak z Mistrzostwem Świata. Gwiazdą klubową się bywa. Gwiazdą reprezentacyjną się jest. Zwykle na zawsze.

 

* * *

 

Ogółem, wbrew wrzaskom nethoolsów Champignons League i tabloidowych pomyleńców, nie był to zły Mundial. Na pewno o niebo lepszy, niż ten sprzed ośmiu lat (poprzednich porównywać nie ma, moim zdaniem, sensu) i nie gorszy, niż ten sprzed lat czterech. Owszem, rozkręcał się powoli, a i potem były słabsze momenty. Ale były też - i to w naprawdę sporej ilości - fantastyczne mecze, kapitalne zagrania, piękne bramki (van Bronckhorst!), dramaty, wybuchy radości... Słowem: to, co trzeba.

 

Organizacyjnie też nie wyszło najgorzej. Piękne stadiony, zwykle wypełnione, żywiołowy doping... Że zwykle prowadzony za pomocą wuwuzeli? Cóż, taka ichniejsza kultura. I choć raczej nie chciałbym ekspansji tych trąbek na pozaafrykańskie stadiony, nie zamierzam na nie wyrzekać.

Owszem, w miastach-gospodarzach zdarzały się rzeczy, które zdecydowanie zdarzać się nie powinny. Jednakowoż czarnowidztwo „tradycjonalistów" z bożej łaski, wrzeszczących, że MŚ powinny odbywać się jedynie w „tradycyjnych domach dyscypliny", a w RPA będzie rzeź i terror na ulicach, okazało się na szczęście kompletnie bezzasadne.

 

Mundial się skończył. Kończy się też właśnie Mundialowy Pamiętnik, a wraz z nim nadaktywność No właśnie! Niewykluczone zresztą, że jest to w ogóle jeden z ostatnich tekstów na tym blogu, albowiem zamierzam zaangażować się w projekt, który raczej uniemożliwi mi dalsze prowadzenie tego miejsca. Ale na razie ćśśś... Jak by nie wyszło, serdecznie dziękuję wszystkim Wam, którzyście wytrzymywali przez miesiąc z okładem moją mundialową - i nie tylko - paplaninę.

 

 


oceń
0
0

komentarze (28) | dodaj komentarz

Mundialowy Pamiętnik odc. xvi

poniedziałek, 12 lipca 2010 0:27

Kurczę, czy to ja mam nadwerężony wewnętrzny odbiornik, czy też jednak powszechne oczekiwania wobec tego finału wyglądały tak: otwarty mecz, akcje od bramki do bramki, cios za cios, piękne rajdy, cudowne dryblingi, a na koniec 5:4 po dogrywce??? No litości, ja rozumiem, że jednemu gamoniowi z angielskiego szmatławca mogło się coś tam roić, ale żeby ktoś poważny te rojenia podzielał?

 

Po pierwsze, to był finał. Fi-nał. Żeby jeszcze Brazylia grała z Niemcami, no to od biedy mógłbym sobie wyobrazić (chociaż - Niemcy? nieee...) że jedni, albo drudzy stwierdzą „a, co tam. Jak nie teraz, to za cztery lata". Ale grała Holandia z Hiszpanią. Ta pierwsza ostatni raz wystąpiła na tym - bądź co bądź, najwyższym na świecie - szczeblu nieomal trzy dekady temu. Większości jej dzisiejszych graczy nie było jeszcze wtedy na świecie. Ta druga, ostatecznie zwycięska, przeżyła dziś swój pierwszy raz. Czy naprawdę można się dziwić, że była trema, nerwy i drżenie o wynik? I nie przekonują mnie ani trochę argumenty o tym, że przecież w obu drużynach są piłkarze z występami w finale LM w CV. To zupełnie co innego. Nawet Mistrzostwa Europy, wygrane przecież dwa lata temu przez tę samą, w przeważającej części, Hiszpanię, to inna półka.

 

Po drugie, wydawało mi się, że choćby obserwacja poczynań obu dzisiejszych finalistów na tym Mundialu powinna zaowocować pozbawieniem ich metek reprezentantów Joga Bonito. To nie ta Hiszpania i nie ta Holandia. Dziś obie ekipy, znane niegdyś z błyskotliwości i polotu, preferują raczej cierpliwą solidność.

 

Dzisiejszy wynik kończy złotą serię mistrzów jedenzeryzmu. Nie spełniły się moje oczekiwania co do tego, że jedni, bądź drudzy pękną. Nie sprawdziła się także moja prognoza wyniku. Choć tutaj - typowałem 2:3 - „winą" należy obarczyć głównie fantastycznie dysponowanych bramkarzy.

 

Podsumowanie imprezy kiedy indziej. Dziś na koniec tylko taki mały autożarcik: Chciałem móc jedenastego lipca wrzasnąć Campeones! No to mogę.

 

pees.

I jeszcze takie coś a propos mentalnych zmian: Holendrzy. To ci, co do całkiem niedawna znani byli z tego, że po przegranym meczu nie robią przesadnej tragedii. „No tak, przegraliśmy, ale życie toczy się dalej, jutro też jest mecz, etc., etc." Widzieliście, jak po dzisiejszym meczu wyglądał choćby Wesley Sneijder?


oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

sobota, 1 października 2016

Licznik odwiedzin:  40 684  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Mocno subiektywne przemyślenia. Najczęściej nieuczesane. Zwykle o sporcie, zwłaszcza o futbolu.

Statystyki

Odwiedziny: 40684
Wpisy
  • liczba: 59
  • komentarze: 869
Bloog istnieje od: 2559 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl