Puchar Narodów Afryki Angola 2010 się kończy. Dosłownie. W momencie, gdy stukam palcami w klawisze, trwa finałowa rozgrywka pomiędzy Egiptem, a Ghaną. A ponieważ moje starsze dziecię opanowało telewizor, zaś szukać transmisji w internecie mi się nie chce, mogę wreszcie coś z siebie wyrzucić.
Afrykańskie mistrzostwa cieszą się moją sporą sympatią. Ba, śmiem uważać, że jest to turniej ciekawszy od Euro, czy nawet okrojonego zwykle kadrowo Copa America. Mimo to, z trzydziestu jeden meczów bieżącej edycji nie widziałem ani minuty. Jest to pierwsza taka sytuacja od ładnych kilku lat, toteż do końca bałem się, że pęknę, że gdzieś choćby jakiś skrócik wyhaczę. Nic z tego. Teraz już wiem, że swój mały, osobisty bojkot CAN 2010 uda mi się przeprowadzić rzetelnie i do końca.
Powód tegoż bojkotu jest, jak mniemam, oczywisty: terroryzm. Nie mam jednak na myśli tych kilku bandytów, którzy tuż przed rozpoczęciem imprezy ostrzelali togijski autokar. Nie jestem specjalistą w kwestii politycznych zawirowań w Angoli. Nie wiem, czy byli to ludzie mieniący się bojownikami o słuszną sprawę oderwania jednej z prowincji, czy też zwykłe obwiesie, które złapały za pukawki powodowane li tylko chęcią rozgłosu. Powiedzmy, że w tej chwili niespecjalnie mnie to obchodzi. Interesuje mnie za to terroryzm w wykonaniu CAF.
Nie uważam, aby show zawsze musiał go on. Wydaje mi się, iż istnieją sytuacje, w których futbol jako taki, sport, czy generalnie każde widowisko powinno usunąć się w cień wobec ludzkiej tragedii. Nie wiem, czy najlepszym rozwiązaniem byłoby odwołanie/przesunięcie całego turnieju. Wiem, że na pewno istniało wyjście, które pozwoliłoby Togijczykom na choćby jako-takie otrząśnięcie się z szoku i wzięcie udziału w rozgrywkach. Jestem również przekonany, że decyzja rządu Togo o wycofaniu swej reprezentacji z Mistrzostw powinna zostać w pełni uszanowana. Jakkolwiek generalnie zdecydowanie się sprzeciwiam ingerencji polityków w sport, tak sądzę, że każde państwo ma psi obowiązek dbania o swych obywateli. Nawet, jeśli ci obywatele są zawodowymi piłkarzami. Gdybym był prezydentem, czy tam premierem Togo, postąpiłbym kubek w kubek tak samo.
A terroryści z CAF robią swoje. Najpierw nie kiwnęli palcem, by prawdziwie umożliwić Togijczykom udział w turnieju. To jeszcze byłbym w stanie zrozumieć. Nie, nie zrozumieć. Dostrzec stojące za tym motywy. W końcu machlowanie przy terminarzu rozgrywek mogłoby przynieść jakieś straty finansowe, nic już nie mówiąc o zmianie terminu rozgrywania całych Mistrzostw. Ale... akceptacja ludzkiej krzywdy celem zdobycia korzyści ew. uniknięcia strat materialnych? Czym to się różni od wymuszania haraczu, albo dążenia (literalnie!!!) po trupach do pieniędzy? Natomiast wykluczenie reprezentacji Togo z dwóch następnych edycji PNA to już terroryzm czystej wody, jasny przekaz ze strony CAF: albo nas słuchasz, albo cię, cóż, wyeliminujemy. Dlatego też - o ile nic się w tej materii nie zmieni - następny Puchar Narodów Afryki obejrzę dopiero w 2016. Jak dobrze pójdzie.
Czy mi nie żal? Żal mi. Ale terrorystom ulegać nie wolno.
* * *
Z innej parafii, czyli: Kiedy trener drze ryja.
Wciąż wracam myślami do wczorajszego półfinału szczypiorniakowego Euro. Jakkolwiek daleko mi do upatrywania jedynego (czy też w ogóle: istotnego) powodu porażki Biało-Czerwonych w niewczesnym, a ukaranym przez norweskie niedojdy* wybuchu Bogdana Wenty, tak jednak zastanawiam się: po co trenerzy rozdzierają pyska w stronę sędziów? Rozumiem - drzeć się na zawodników. Niektórzy ewidentnie tego potrzebują (choć mnie osobiście bardziej chyba przekonuje postawa w typie „twarz-skała, spokój na deku"), nakręca ich to i skłania do większej koncentracji, czy też po prostu lepszej gry. Ale po co wrzeszczeć do arbitrów? Przecież oni mogą co najwyżej - jak to nawet osobisty asystent Wenty zauważył - zacząć gwizdać przeciwko nam. Oczywiście, rzecz nie ogranicza się do piłki ręcznej. Przykłady szkoleniowców, którzy ekhmmm... wywierają presję na sędziów, a tym samym najczęściej napytują sobie - i swoim zespołom! - biedy, trafiają się chyba we wszystkich grach zespołowych i można by je mnożyć godzinami. Tylko, powtarzam pytanie, po co? Znaczy po co wrzeszczeć, nie po co mnożyć.
To po pierwsze, a po drugie: dlaczego zarówno my, kibice, jak i dziennikarze, gotowi jesteśmy tym trenerom wybaczyć, podczas gdy zawodników urządzających podobne szopki (-> Didier „fuckin' disgrace" Drogba) odsądzamy - zupełnie zresztą słusznie - od czci i wiary? OK, Bogdan Wenta jest - także słusznie - uznawany za bohatera narodowego, któremu wiele można wybaczyć. Ale przecież, powtarzam, nie on jeden się drze i nie on najgłośniej chyba...
* Żeby nie było - wpływ sędziów na ostateczny wynik też uważam za niekoniecznie przemożny.
Dobiegł końca turniej o Puchar Króla Tajlandii. Jubileuszowa czterdziesta edycja tej imprezy musiała zostać okraszona iście monarszym przepychem. I prawie się udało. W założeniach rozgrywki uświetnić miała swym udziałem reprezentacja Szwecji, głównie ze względu na Trzy Korony w godle, ale na tajskiej poczcie chyba coś się pokręciło i ostatecznie przyjechała Dania. Cóż, też królestwo. Główną przyczyną zaproszenia polskiej kadry była nadzieja, iż u nas król to będzie biegać po boisku. Znaczy Król. Krzysztof Król, było nie było niegdysiejszy zawodnik najbardziej królewskiego klubu na świecie. Niestety, nasz plebejski selekcjoner ni w ząb intencji koronowanych głów nie wyrozumiał i gracza Chicago Fire na turnieju zabrakło. Powody, dla których Jego Wysokość Rama IX raczył zażyczyć sobie, by w rozgrywkach jego imienia wystąpił Singapur, pozostają nieodgadnione. Ale to dobrze. Na tym się w końcu zasadza monarszy majestat: musi być po trosze tajemniczy i dla prostego człeka niepojęty. Inaczej nie byłby majestatem, jeno zwykłym kierownictwem.
Dość kpin. Król królem, majestat majestatem, a Biało-Czerwonym wyjazd na ten turniej potrzebny był niczym łysemu grzebień. Czesać i tak nie ma czego, za to skórę na głowie można sobie boleśnie pokancerować. Bo zima w wykonaniu polskich ligowców wygląda mniej więcej tak: gdzieś na początku grudnia kończy się granie. Potem są urlopy, Święta, Sylwester etc. Później następują przygotowania do sezonu, które - tak się jakoś zabawnie składa - mają u nas zwykle miejsce w przerwie śródsezonowej. I dopiero pod koniec lutego, a często i znacznie później, rodzimy piłkarz jest jako-tako gotów do grania. Tymczasem w przypadku orzełków Smudy skończyło się na „etc." Chłopaki wywczasowali się po różnych Egiptach i takich tam, wtrząchnęli nieco mamusinego karpia i barszczu z uszkami, godnie pożegnali stary i powitali nowy rok, pojawili się na moment w klubach celem oszacowania nadwagi, po czym udali się na kadrę. W momencie odlotu średnia per capita treningów odbytych w 2010 oscylowała pewnie w okolicach 0,7. A, jak się łatwo domyślić, wielkość ta jest znacznie stosowniejsza w przypadku posylwestrowego spotkania integracyjnego, niż poważnego zgrupowania reprezentacji.
W takich warunkach jedyny sensowny mecz na tym turnieju - konfrontację z duńskimi ligowcami - można było niestety z góry spisać na straty. Gdyby to spotkanie odbyło się chociaż tydzień później, nawet w ramach tych samych rozgrywek, przypuszczalnie przyniosłoby jakieś korzyści. A tak podopieczni Smudy mogli jedynie wyjść na plac i spozierać podkrążonymi oczyma na to, jak lepiej wytrenowani i zaaklimatyzowani rywale rozstawiają ich po kątach. Oczywiście, porażka w sparringu (zwłaszcza - jak się później okazało - nieoficjalnym) nie powinna stanowić podstawy do wszczynania alarmu. Szczególnie, że Biało-Czerwoni znajdują się obecnie w głęboko wstępnej fazie przebudowy. Niestety, duch cierpliwości w narodzie dawno zginął (o ile w ogóle kiedykolwiek był żywy, do czego można mieć uzasadnione wątpliwości). Smuda miał czynić cuda, tymczasem w trzecim meczu druga przegrana i to znów w stylu zdecydowanie nieestetycznym. No i jeszcze ta żona...
Na głowę selekcjonera wylało się wiadro nie do końca zasłużonej krytyki, a wokół kadry powstał przykry smrodek i trudno było przypuszczać, że wywietrzą go dwa następne spotkania. Trudno także, szczerze mówiąc, doszukać się sensu rozgrywania tych spotkań. Gospodarze imprezy to zespół po prostu słabiutki, a i tak lepszy od Singapuru, któremu - jak sądzę - spokojnie mógłby rzucić wyzwanie któryś z moich niegdysiejszych LZSowych składów. Utwierdza mnie w tym przekonaniu iście LZSowy przebieg meczu, który - gdyby wpadło, co powinno - skończyłby się wynikiem 11:4. A nie skończył się tak tylko dlatego, że co poniektórzy zawodnicy - jak to w LZSie - postanowili koniecznie zaprezentować nielicznie zgromadzonej publiczności swą biegłość w fikuśnym kopaniu piłki: jeden trafił lobem nad bramkarzem wprost w głowę interweniującego obrońcy, inny z kolei - to już naprawdę wysoki wyczyn - nie trafił do pustej bramki z odległości mniejszej, niż własny wzrost... LZSowy był też - w całym turnieju - poziom sędziowania.
Echhh... Miałem nie kpić, ale trudno się powstrzymać, gdy reprezentacja Polski, czyli - jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało - dobro narodowe, wystawia swą i tak skarlałą reputację na szwank rozbijając się po żałosnych wycieczkach, których jedynym chyba beneficjentem może być Andrzej Placzyński. Poważny skądinąd argument, że fifowskich terminów jest śmiesznie mało i należy wykorzystywać każdą okazję do przygotowań do wcale nie tak odległego Euro, akurat tym razem zupełnie do mnie nie trafia. Gdy ktoś ma problemy finansowe, to nie rozwiąże ich wypychając portfel banknotami z Monopoly. Może się tylko narazić na śmieszność, gdy przypadkiem wyciągnie takie „pieniądze" w osiedlowym spożywczaku. To już lepszym wyjściem jest gra na symulowanej internetowej giełdzie. Przynajmniej czegoś się można nauczyć.
I właśnie tego typu rozwiązanie wydaje mi się właściwe w przypadku Biało-Czerwonych. Nie wiąże się ono, oczywiście, z internetem, ale z symulacją już jak najbardziej. Otóż wiele krajów, poza podstawową reprezentacją seniorską i wszystkimi właściwymi juniorskimi, posiada także kadrę „udawaną", nieoficjalną. Z taką właśnie pseudoreprezentacją Danii zmierzyli się na inaugurację Pucharu Króla nasi kadrowicze. Ba, takie coś istnieje nawet u nas. Tyle, że jak wiele innych kwestii w polskiej piłce, postawione jest na głowie.
Cel istnienia kadry U23 jest mglisty. W zasadzie niewielką pomyłką byłoby stwierdzenie, że dostrzegają go tylko pezetpeenowscy betoniarze. No bo i jaki sens można zauważyć w istnieniu quasireprezentacji ograniczonej wziętym z sufitu limitem wieku, kompletnie niezależnej od kadry A i prowadzonej przez odrębnego trenera, który w dodatku już raz swą selekcjonerską szansę dostał i uchowaj nas, Boże, przed powtórką? Tymczasem gdyby przekształcić ten chory wytwór wyobraźni leśnych dziadów w sensownie działający zespół rezerw, mógłby on przynieść sporo pożytku.
Po pierwsze, taki zespół byłby jak znalazł na różne Puchary Króla i im podobne pseudosparringi rozgrywane poza terminem FIFA. Po drugie, nie ciążyłaby na nim presja, nie byłoby transmisji i całego medialnego szumu, więc selekcjoner, względnie jego asystent, mógłby w spokoju wyczyniać cuda wianki bez strachu przed zmasowaną krytyką. Po trzecie, wszyscy polscy piłkarze przejawiający choćby cień talentu mieliby się gdzie pokazać, a jednocześnie położony zostałby kres niedobremu zwyczajowi deprecjonowania pojęcia „reprezentant", tak rozpowszechnionemu za Janasa i Beenhakkera. Po czwarte wreszcie, asystent selekcjonera, który prowadziłby na co dzień kadrę B, nie traciłby kontaktu z zawodem, a wręcz przeciwnie - w razie, gdyby kiedyś miał zostać selekcjonerem, miałby jako-takie otrzaskanie.
* * *
A teraz z innej beczki, czyli:
Effetto farfalla
W 64tej minucie Derby della Madonnina Maicon wywrócił się o własne nogi. Wskutek tego upadku Internazionale na 99% obroni Scudetto.
Bieżący sezon jest czternastym z rzędu (i czternastym w ogóle też), podczas którego Odra Wodzisław Śląski występuje w Ekstraklasie. W tym okresie klub najwyżej uplasował się na trzeciej pozycji, było to w debiutanckim sezonie 1996/7. Najniższą, póki co, lokatę - czternastą - przyniósł sezon 1998/9. Trzykrotnie wodzisławianie kwalifikowali się do nieistniejącego już Pucharu Intertoto. Pierwszy występ w tych rozgrywkach, w roku 1997, przyniósł awans do Pucharu UEFA. W rundzie przedwstępnej Odra, prowadzona podówczas przez Marcina Bochynka, uporała się z Pobedą Prilep, jednak w rundzie wstępnej nie sprostała Rotorowi Wołgograd. Mistrzowskich aspiracji wodzisławianie raczej nigdy nie przejawiali, aczkolwiek dziwaczny system rozgrywek w sezonie 2001/2 przyniósł im mistrzostwo jesieni (wygrali grupę A) ex aequo ze zwycięzcą grupy B - Legią Warszawa. Wiosną drużyna prowadzona przez swojego eks-zawodnika, Ryszarda Wieczorka, nie zrobiła furory w grupie mistrzowskiej, plasując się ostatecznie na piątym miejscu.
Uff... nieźle, jak na klub z niedużego, przygranicznego miasta, pozbawiony jakiejś platynowej tradycji, czy chmar kibiców, o których musi walczyć ze znacznie bardziej renomowanymi rywalami z Górnego Śląska, prawda? A mimo to sukcesy wodzisławskiej ekipy są notorycznie deprecjonowane, sama zaś nazwa klubu, zamiast poklasku i życzliwych uśmiechów, wywołuje raczej powszechną niechęć i zgrzytanie zębów. Dlaczego?
Odpowiedzi na to pytanie poniekąd już padły. Po pierwsze, Wodzisław nie Warszawa, Łódź, ani Wrocław. Tymczasem wg. rozlicznych opinii tylko takie ośrodki powinny posiadać drużyny w Ekstraklasie. Inaczej owa Ekstraklasa pozostanie podobnież pośmiewiskiem Europy. Nie czas to, nie miejsce na dyskusje o miejscu polskiej ligi w kontynentalnej hierarchii. Warto by jednak zauważyć takie kluby, jak Villarreal, od lat rozbijający się nie tylko w Hiszpanii, ale i w Europie właśnie, lub też robiący furorę w Niemczech Hoffenheim. Po drugie, Odra nie Górnik, Ruch, czy śp. warszawska Polonia. Powyższa trójka to jedynie przykłady klubów, które w historii polskiego futbolu zapisywały się znacznie bardziej błyszczącymi zgłoskami, niż ekipa z Wodzisławia, a mimo to ostatnimi czasy nie mogą nawet pomarzyć o przypisanej jej stabilizacji. Zwolennikom teorii głoszącej, że jedynie kluby z (wielką) tradycją mają prawo dostępu do najwyższego szczebla rozgrywek - i nie tylko im zresztą - należałoby przypomnieć, że tradycja w piłkę nie gra, bramek nie strzela, ani ligowych punktów nie zdobywa. Po trzecie wreszcie, istnieją zwolennicy poglądu, że klub, który nawet w dalekich planach nie ma walki o najwyższe cele, oczywiście w Ekstraklasie występować nie powinien. Tu można się chyba jedynie uśmiechnąć. Obyśmy doczekali takich czasów, że każdy z szesnastu zespołów Ekstraklasy może celować choćby w podium.
Tak, czy siak, antywodzisławski resentyment istnieje i ma się całkiem-całkiem. Szczególnie pokaźne rozmiary osiągnął podczas pierwszej rundy bieżącego sezonu. Oj, mieli antyfani Odry używanie. Obrywała przecież jesienią od kogo popadnie - nie licząc, niestety, Cracovii - skutkiem czego zimuje przyssana do dna tabeli. Sytuacji na pewno nie poprawiało koszmarne zamieszanie organizacyjne. Przez dłuższą chwilę nie wiadomo było, kto w tym klubie rządzi i czy w ogóle ktokolwiek. Wydawało się, że kij, którym Odra uporczywie jest zawracana, wreszcie zaczął zagarniać wodę.
Niemniej jednak, gradowe niebo nad Wodzisławiem ostatnio się cokolwiek rozpogodziło. W grudniu drużynę objął młody trener Marcin Brosz. Cudów może na dzień dobry nie dokonał, jednak na pewno tchnął w zespół nowego ducha. Poza tym - i kto wie, czy nie przede wszystkim - Odra jest jak na razie królową transferowego polowania. Oczywiście, złośliwcy powiedzą, że zwierz ustrzelony przez wodzisławian jest mocno już łykowaty, że jakie koło łowieckie, taki łup, etc., etc. Tylko - co z tego?
Nie ulega wątpliwości, że wzmocnienia Odry na kluczowych pozycjach wyglądają naprawdę solidnie. O Arkadiuszu Onyszce mówi się do tej pory głównie w kontekście tego, że bije żonę, nie lubi gejów i w ogóle obnosi się ze swym dość prawackim katolicyzmem. Tymczasem związek tych faktów z jego wartością la drużyny jest znikomy, jeśli nie żaden. Onyszko to bramkarz, który w przyzwoitej przecież duńskiej lidze wypracował sobie zdecydowanie solidną markę. A że, jak stara prawda głosi, zespół buduje się od tyłu, olimpijczyk z Barcelony powinien się Odrze przydać.
Jeszcze większe wrażenie robi transfer Mauro Cantoro. W przyjście Argentyńczyka do Wodzisławia mało kto chyba wierzył. Tymczasem pomocnik, który ostatnimi laty dorobił się w krakowskiej Wiśle statusu legendy, wbrew oczekiwaniom zdecydował się pomóc Odrze w utrzymaniu w Ekstraklasie. O ile wszystko pójdzie jak należy, „Toro" powinien uporządkować grę ekipy Brosza w środku pola i - co może nawet ważniejsze - dodać drużynie zęba.
W zestawieniu ze składem, który tak, czy siak, był lepszy, niż pokazuje to tabela oraz młodym, prężnym szkoleniowcem, w/w wzmocnienia każą wierzyć, że wodzisławianie łatwo tej Ekstraklasy nie oddadzą. Wygląda więc na to, że antyfani Odry znów będą machać kijem na próżno.
Pamiętam, że dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze singlem, wyjeżdżając na żagle zamknąłem za sobą drzwi nieposprzątanego mieszkania. Na biurku porozrzucane papiery od niedokończonego projektu, na stole w salonie czubata popielniczka, niedopite wino w lampie i jakiś makaron, w zlewie niepozmywane gary... Cóż, bardzo się spieszyłem, no i miał to być krótki wyjazd, ledwie trzy dni. Wróciłem po trzech tygodniach z okładem i zostałem przywitany przez niemiłosierny smród niedopałków (kopciuchem jestem strasznym, ale co już spalone, to mi zalatuje) i pleśń na patelni. Pokryty grubym kurzem projekt trafił do kosza, bo w tzw. międzyczasie wymyśliłem krokodylion pomysłów na przeróbki, a w końcu doszedłem do wniosku, że i tak muszę go napisać od nowa. Niby wypoczęty, wysmagany wigierskim słońcem i w ogóle przeszczęśliwy, nie wiedziałem jednak, w co mam ręce włożyć.
Mniej więcej tak samo poczułem się zaglądając po raz pierwszy w 2010 na swój blog. OK, przeszczęśliwy nie jestem, powód nieobecności był tym razem znacznie mniej przyjemny, ale bałagan jakby podobny. Aby go troszkę uładzić, miast pełnowymiarowego tekstu zaserwuję tym razem - wybaczcie! - garść refleksji z ostatnich paru dni.
(i) Spokój z widokiem na szafot.
Gdy oglądając niedzielny klasyk Serie A wbiłem wzrok w twarz Ciro Ferrary, naszło mnie takie natrętne pytanie: jak to jest, gdy się człowiek zastanawia, czy - co wielce prawdopodobne - katowski topór opadnie już tym razem, czy może jednak następnym? Co czuje skazany na szafot mając świadomość, że ci, którzy go nań wysłali, są współodpowiedzialni za jego największą winę: za to, że nie jest Guardiolą?
Przecież nie mógł nim być. Nie odziedziczył po poprzedniku składu nabitego fantastycznie utalentowanymi wychowankami, w których żyłach płynie krew w klubowych barwach. Może gdyby miał trzech Chiellinich i jeszcze trzech Del Piero młodszych o co najmniej pięć lat, nikt nie wspomniałby nawet o szafocie. Ale nie ma. Może gdyby dostał pieniądze na zakup nowych gwiazd? Ale nie dostał.
Oczywiście, część winy spada na barki samego eksobrońcy Starej Damy. W końcu Milanem w niedzielę dowodził taki sam, jeśli nie większy, trenerski żółtodziób Leonardo. A Ferrara - jak i cały jego zespół - nie zrobił dokładnie nic, by przeciwstawić się Brazylijczykowi i jego podopiecznym. Zupełnie nic.
I to właśnie mnie zastanawia. Wyobrażam sobie, że na jego miejscu starałbym się wydrzeć zwycięstwo nad Milanem niechby i spod ziemi, a widząc nieporadność Bianconerich szalałbym przy linii i darł się wniebogłosy. Ferrara po prostu patrzył.
(ii) Jebać PZPN!
Parę dni temu skompletowany został podobno nowy sztab reprezentacji Polski. Podobno, bo jeszcze niedawno Franciszek Smuda twierdził, że ostateczny jego kształt poznamy być może nawet za kilka miesięcy, a docelowo może on liczyć nawet kilkanaście osób. Póki co, wiadomo, że asystentem selekcjonera został nie Tomasz Wałdoch, a Jacek Zieliński I, zamiast zaś Marka Koźmińskiego dyrektorem reprezentacji mianowano Jana Furtoka. Jak się można było spodziewać, powyższe nominacje spotkały się ze sporą krytyką.
Trudno mi znaleźć dla tej krytyki jakieś racjonalne uzasadnienie. Osobiście wolałbym jednak Wałdocha, ale wolałbym „bo tak". Zaś Furtok zamiast Koźmińskiego zdecydowanie mnie cieszy. Na razie też „bo tak". Na razie, bo obu nominowanym zamierzam dać w swym kibicowskim osądzie czas na to, by choćby palcem o palec stuknęli.
Krytykanci nie są tak łaskawi. Wydaje mi się, że nagonka na panów J.Z. i J.K. płynie z tych samych pobudek, co niedawny przecież zmasowany najazd na Stefana Majewskiego. Nieważne, co robi PZPN. Ważne, by PZPNowi, excusez moi, przyjebać.
(iii) Co by tu jeszcze, co by tu jeszcze...
Parę dni temu kątem ucha posłyszałem w trójkowym „za, a nawet przeciw" dyskusję z niejakim Janem Tomaszewskim („legendą, Orłem Górskiego" - redaktorze Kubo, pan się zajmie czym innym, co?), który z właściwym sobie zacięciem gardłował za wprowadzeniem szeregu zmian do regulaminu rozgrywania meczów piłkarskich. Spieszyłem się do pracy i niestety nie mogłem wysłuchać owej płomiennej mowy w całości, niemniej jednak utkwiły mi w uszach dwie propozycje: likwidacja spalonego i powiększenie bramek (sic!), a także argument, że zmiany te mają zapobiec powszechnemu podobnież „graniu na antyfutbol" (cyt. z oryginału).
Można by się czepić do bezsensowności samych postulatów. Można by też stwierdzić, że używanie słowa „antyfutbol" po sezonie, w którym wszystkie możliwe europejskie - i nie tylko - trofea klubowe zgarnęła drużyna, do której to określenie pasuje jak pięść do nosa, jest cokolwiek nie na miejscu. Można, ale po co?
Futbol jest zdecydowanie najbardziej popularną grą zespołową na świecie. Jest też sportem najbardziej niezmiennym, a przynajmniej jednym z. Może by tak zatem połączyć oba te fakty, zamiast strzelać to tu, to tam chytrymi oczkami i szeptać „co by tu jeszcze, co by tu jeszcze, co by tu jeszcze spieprzyć?"
(iv) Dużo pary w mały gwizdek
Zacząłem wertować dzisiejszą Piłkę Nożną i natknąłem się na zestawienie planów przygotowań drużyn ekstraklasy do rundy wiosennej. Autor owego zestawienia utyskuje co nieco, że kluby musiały pozaciskać pasa i nie wszystkie z nich stać będzie na dwa zagraniczne zgrupowania.
A ja czytam i co akapit napotykam na tego typu kwiatki: cztery sparringi plus wyjazd na Cypr, gdzie kolejne cztery, potem jeszcze dwa; dwa mecze kontrolne w okolicy, pięć następnych w Hiszpanii i jeszcze trzy po powrocie; etc., etc. Wychodzi na oko - nie liczyłem - że każdy z klubów ekstraklasy czeka tej zimy minimum osiem meczów towarzyskich w przygotowaniach do wiosny, podczas której rozegrane zostanie...
...13 (słownie: trzynaście) kolejek.
(v) To nie tylko Okrągły Stół.
O problemach Jacka Sarzało z Okrągłym Stołem już pisałem. Wydaje się jednak, że dotknąłem w tym tekście - a i to mimochodem - zaledwie wierzchołka góry lodowej. Czego najlepszy dowód w tym dziele i - jak zwykle zresztą - przepysznej dyskusji pod nim. Gorąco polecam!
(vi) Na koniec o pewnym Końcu.
Odszedł Janusz Atlas. OK., o zmarłych powinno się dobrze, albo wcale. Dlaczego w takim razie nie wcale?
Bo... Owszem, prywatnie podobno - nie wiem, nigdy nie dane mi było go spotkać - był z niego kawał sukinsyna. Zawodowo też można by całą ciężarówkę gruzu wsypać do jego ogródka. A mimo to właśnie Atlas zaraził mnie publicystyką sportową.
Jakkolwiek by to górnolotnie i patetycznie nie zabrzmiało: zwłaszcza w kontekście istnienia tego bloga i mojej działalności w innych miejscach, gdyby nie J.A., nie byłoby a-c10.
pees.
Za wszystkie życzenia świąteczno-noworoczne serdecznie dziękuję. Pomyślności wszelkiej w 2010!
Pewna moja eks p a n i c z n i e bała się psów. Był to strach absolutnie obezwładniający, wyłączający jej zwykle chłodny rozsądek i prowadzący do kompletnie niezrozumiałych zachowań. Zdarzały się momenty, gdy widok zupełnie niegroźnego ulicznego kundelka powodował, że zaczynała szukać najbliższych drzwi, które mogłaby za sobą zatrzasnąć. Nawet do mojej świętej pamięci filigranowej psicy - kudłatego kanapowca, który przez jedenaście lat swojego żywota nikogo nawet nie udrapnął - podchodziła z daleko posuniętą ostrożnością. Ponieważ z natury jestem złośliwy, niemiłosiernie wykorzystywałem tę przypadłość i robiłem sobie z niej nieustanne żarty.
Odmienny stosunek do psów nie miał żadnego wpływu na to, że pewnego dnia rozstaliśmy się z P. „za porozumieniem stron". Ani na to, że nasze drogi niespecjalnie się rozeszły. Wręcz przeciwnie, od lat utrzymujemy nieistniejącą podobno w przyrodzie relację opartą na niczym nie podszytej damsko-męskiej przyjaźni. I właśnie podczas takiego przyjaznego spotkania P. wypaliła: „mam nowe hobby. Jadę pojutrze pod Kołobrzeg na pokazy lotnicze". Mam raczej ciemną karnację, mimo to w okamgnieniu moja twarz zrobiła się papierowo biała. P. utrzymuje, że nie zrobiła tego celowo (potwierdza tę wersję jej późniejsza reakcja), ale tak, czy siak trafiła mnie w czuły punkt. Bo ja z kolei odczuwałem chorobliwy lęk przed lataniem. Bywało, że uciekałem z lotniska nie dbając o zapłacone za bilet pieniądze i wybierając drogę lądową, bądź wodną, albo i w ogóle rezygnując z podróży. Wszystko, co nieżywe, a skrzydlate zwykłem uważać za iście szatański wynalazek. I kompletnie nie trafiały do mnie (do dziś zresztą nie trafiają) argumenty o tym, że lotnictwo jest statystycznie najbezpieczniejszą gałęzią transportu, że x razy łatwiej jest zginąć na drodze, np. w taki „andrzejkowy" weekend, etc., etc.
P. należy oddać, że nawet, gdy zrozumiała, co zrobiła, postanowiła wielkodusznie nie rewanżować się za moje niegdysiejsze uszczypliwości. Zaproponowała za to, abyśmy oboje spróbowali coś z tymi swoimi fobiami zrobić. No i się - przynajmniej w części - udało. Ale...
Ale właściwie dlaczego ja o tym wszystkim piszę? Ano dlatego, że dziś rano rozmawiałem z P. przez telefon, a kilka chwil później zabrałem się - jak zwykle „od dupy strony" - za wertowanie Wyborczej*. Te dwa pozornie ze sobą nie związane fakty wywołały dość pokręcony węzeł skojarzeniowy, dzięki któremu odkryłem, że... od dłuższego już czasu strasznie krzywdzę Michała Szadkowskiego. OK, akurat z Szadim to nigdy nie byłem jakoś bliżej związany (co mimo wszystko zdecydowanie mnie cieszy). Szczerze mówiąc, w życiu na oczy go nie widziałem (czego też nie żałuję). Jednakowoż zdarzało mi się wypisywać na jego temat rzeczy, których teraz, cóż, nieco mi wstyd. No bo jak mógł fobik fobikowi takie kłody pod nogi rzucać? Echhh... mea maxima culpa.
Od dzisiaj jednak koniec z tym. Misza, Szadi, Michale Drogi! Nie wiem, na ile Cię to obejdzie. Pewnie wcale. Być może nawet nigdy tego nie przeczytasz. Ale po prostu muszę to z siebie wyrzucić: szczerze Ci współczuję. Mnie moja fobia psuła jedynie część turystycznej pasji. Twoja paskudzi Ci w znacznym stopniu życie zawodowe. Przecież być dziennikarzem sportowym i chorobliwie bać się kibiców to trochę jak być chirurgiem i cierpieć na hemofobię, prawda? Dlatego też - na wypadek, gdybyś jednak przeczytał - pragnę udzielić Ci kilku szczerych, płynących z dobrego, choć skażonego złośliwością serca, rad.
Strategia, którą - po konsultacjach u specjalistów! - obraliśmy wspólnie z P. opierała się na zasadzie „bierz byka za rogi". P. zaczęła... odwiedzać schroniska. Oczywiście nie od razu. Najpierw okrążała je szerokim łukiem, potem coraz węższym, aż wreszcie zapuściła się do środka. Dziś nadal psów się trochę obawia - zwłaszcza tych większych - ale już przed nimi nie ucieka. A ostatnio stwierdziła, że jeśli analiza warunków lokalowo-pracowych wypadnie pomyślnie, to przygarnie jakiegoś niewielkiego kundelka. Ja metodą małych kroczków zacząłem oswajać latanie. Najpierw jeździłem na przylotniskowe parkingi. Z początku obiecywałem sobie, że wysiedzę tam pięć minut, potem piętnaście, trzydzieści... Aż kiedyś się odważyłem i wysiadłem z samochodu. Starając się nie zemdleć połaziłem po terminalu. Dwa miesiące później dygotałem ze strachu, ale jednak wsiadłem do samolotu. Obecnie lęk przed lataniem nadal mi towarzyszy. Ale tylko przed. W trakcie i po fakcie jest już w porządku.
Gdybyś, Michale, zechciał zastosować podobny schemat, mogłoby się to okazać wielce pomocne. Spróbuj na przykład poobserwować grupy kibiców. Na początek może być z ukrycia. Załóż sobie (masterplan jest bardzo istotny), że do sierpnia przyszłego roku z tego ukrycia wyjdziesz, a po maksimum kolejnych dwunastu miesiącach będziesz umiał wysiedzieć z kibicami na stadionie podczas meczu. Ponieważ obie nasze fobie w pewien sposób wiążą się z określonymi lokalizacjami, ośmielę się podsunąć Ci mój własny pomysł - dobrze jest przyjść wcześniej. Można wtedy oswoić się z miejscem i poczuć większą kontrolę nad sytuacją.
Wierzę w Ciebie. Dasz radę.
pees.
Gdyby się komuś wydawało, że w powyższym tekście jest jakaś ironia oprócz autoironii, to zapewniam, że nie ma. Ja mu naprawdę współczuję.
____________
albiceleste10
* Tekstu, który wywołał ów węzeł, nie ma w sieci. Jak będzie i nie zapomnę, postaram się zalinkować. Póki co, tylko omówienie na blogu drugiego z jego współautorów.
Jacek Sarzało raczył po raz kolejny zadrwić z piłkarskiego Okrągłego Stołu. Przyznam szczerze, że czuję się zaskoczony. Wiedziałem, że stać go na wiele, ale mimo wszystko takiego wylewu absurdalnej zawiści się nie spodziewałem.
Pośród wielu kuriozalnych kwiatków najwyższą wartość humorystyczną przedstawia chyba urywek, w którym Sarzało „odkrywa", że Canal+ zawsze będzie chciał zrobić wszystko, by ekstraklasę (płaci 120 mln zł rocznie za prawa do pokazywania meczów) przedstawić jako produkt cukierkowy. Nieważne - fatalny, czy rewelacyjny w środku, ważne, by był ładnie opakowany. Zawartość jest mniej istotna niż sam fakt sprzedani. Jak już opadła ze mnie wszechogarniająca wesołość wywołana lekturą tych słów, zacząłem się zastanawiać, czy aby autor Ligobloga nie jest przeciwnikiem okrągłych stołów en bloc. Bo to przecież ten prawdziwy Okrągły Stół - cokolwiek by o nim nie myśleć - walnie przyczynił się do wprowadzenia w naszym kraju gospodarki rynkowej. A w gospodarce rynkowej to już tak jest, że gdy ktoś chce coś sprzedać, to raczej powinien się starać, by opakowanie towaru zachęcało do kupna.
W zasadzie trudno się dziwić, że do Sarzały to nie dociera. W końcu od dawien dawna przyjmuje on postawę dziecka. Dziecka, które wprost kocha rozpieprzać zabawki. Co zobaczy jakieś grabki, czy łopatkę, sru o ziemię. Zabawki pękają, a mały-duży łobuz w kółko zrzędzi, że są niedorobione, tandetne i w ogóle do niczego nie zdatne. I nakręca go to znacznie bardziej, niźli sama zabawa. To zresztą nie jedyny przypadek, w którym tuz, jakich mało zachowuje się dosyć infantylnie. Ale o tym za moment.
Wspomniana wyżej stacja telewizyjna musiała ostro zaleźć redaktorowi J.S. za skórę. Zanim bowiem zadziwi się on prostym mechanizmem rynkowym, pisze takie coś: Canal+ umiejętnie chce wykorzystać zamieszanie wokół piłki do postawienia się w roli jedynego uprawnionego do reformy tego, co przecież między innymi sam zepsuł. W dodatku do rozmów zaprasza pozostałych sprawców zła. W tym miejscu znany mi zasób reakcji nie daje rady. Nie jestem pociotkiem Le Guerna. Nie jestem nawet pracownikiem ce plus, a jedynie jego skromnym abonentem. Trudno mi jednak nie zauważyć, że to właśnie ta stacja spośród wszystkich polskich mediów najbardziej rodzimej piłce ligowej pomaga. Bez „kanałowych" pieniędzy wiele polskich klubów zwyczajnie byłoby zmuszonych ogłosić upadłość. Co więcej, właśnie mnie, zwykłemu abonentowi, profesjonalny sposób pokazywania Ekstraklasy daje wzmożoną przyjemność jej oglądania. Pamiętacie „wyczyny" innych stacji na tym polu? Kilka lat temu TVN emitował kompromitujący „magazyn legiowy", istną parodię programu piłkarskiego. TVP'owska „Szybka Piłka" oferuje tylko nieco wyższy poziom. Natomiast właśnie w Canalu każdy mecz, nieważne gdzie i przez kogo rozgrywany, pokazywany jest - czy to na żywca, z odtworzenia, czy w skrócie - w sposób, do którego naprawdę trudno jest racjonalnie się przyczepić. Dodatkowo tamtejsi komentatorzy biją konkurencję na głowę. Aż furczy.
Co się tyczy samego „okrągłego stołu", mam mieszane uczucia. Z jednej strony nie ma sensu oczekiwać jakichś gruntownych, gwałtownych przemian. Szóstego grudnia nie obudzimy się w futbolowym raju. Nie wyrosną nam w ciągu nocy cud-ośrodki treningowe produkujące na skalę przemysłową gwiazdorów światowej piłki, polscy działacze i sędziowie nie staną się nagle wzorami uczciwości i kompetencji, a centrala PZPN nie przeistoczy się w ostoję moralnego ładu. Ale przecież w osiemdziesiątym dziewiątym Wisłą, Odrą i Wartą (ani nawet Narwią) także nie popłynęły miód i mleko, prawda? Samo określenie „Okrągły Stół" wydaje mi się niefortunnie na wyrost. Piłkarski Okrągły Stół nie doprowadzi do żadnych (pół)wolnych wyborów (co może i dobrze), a PZPN ma się - niestety! - znacznie lepiej od swojej prawie-że-imienniczki i trudno się spodziewać, aby poddał się równie łatwo, jak ona. Co więcej, osobiście jakoś nie mogę znaleźć pośród środowisk i poszczególnych osób, które mają zaznaczyć swą obecność w auli „Batorego" nikogo, z kim tak naprawdę bym się identyfikował. Wręcz przeciwnie, znajdzie się tam paru ludzi, którzy ewidentnie mi nie pasują.
Niemniej jednak, sam fakt, że partyjni, eee..., związkowi bonzowie w ogóle dali się namówić na bezpośrednią konfrontację z ludźmi, którzy otwarcie ich krytykują świadczy o tym, że wcale nie czują się oni aż tak mocno, jakby to się mogło wydawać. Pewien stały bywalec tego bloga (serdeczności!) może i ma rację zarzucając to i owo Michałowi Rutkowskiemu (tak, to jedna z tych osób, które mi nie pasują), ale trudno się ze współautorem Supergiganta nie zgodzić, gdy pisze: rozmowa o zmianach w (legalnie działającym) PZPN bez PZPN to (...) fikcja i demagogia. Tak jak kiedyś rozmowa o zmianach PZPR bez udziału PZPR. Jasne, ponownie nie ma co się łudzić, że następny zjazd PZPN zostanie zdominowany przez temat konferencji w „Batorym". Najprawdopodobniej (tym razem jeszcze?) leśne dziady znów po prostu zamiotą sprawę pod dywan i kolektywnie po niej poskaczą, żeby równo było i cicho. Ale od czegoś trzeba zacząć. I akurat wymiana idei kontestatorów obecnego stanu polskiej piłki z odpowiedzialnymi za ten stan wygląda na nienajgorszy początek.
A skoro już jesteśmy przy wymianie idei, symptomatyczne wydaje mi się, że nie zaproszono do „Batorego" ani Rafała „łolelele, jak mi źleee!" Steca, ani Michała „matuchno, kibol mnie bije!" Szadkowskiego, ani Jacka Sarzały właśnie, ani w ogóle nikogo reprezentującego Gazetowy trend pisania o polskiej piłce w tonie „jest chu*owo". Nie postarano się też - o czym zresztą J.S. skwapliwie napomyka - o obecność sitcomowych gwiazd rodzimego serialu okołopiłkarskiego, Michała Tomczaka i Roberta „Bobiego" Zawłockiego. Argumentacja Le Guerna i s-ki była taka, że - tak przynajmniej utrzymuje Sarzało - w/w komedianci mogą przyjść, pod warunkiem, że pojawią się z określonymi postulatami i programem, a nie wyłącznie po to, by narzekać lub powtarzać wciąż te same populistyczne hasła.
Czy to aby nie jest klęska trendu „jest chu*owo"? Klęska ze wszech miar spodziewana, biorąc pod uwagę jego intelektualne wytwory: idiotyczną krucjatę antykibolską, wydmuszkowy pomysł obsadzania „młodych, prężnych menedżerów" w PZPN, pomyleńczą „strategię" (cudzysłów absolutnie nieprzypadkowy) restaurowania Bońka i Listkiewicza (ostatnio jakoś o tym ciszej, ciekawe dlaczego), czy ogólny styl wyciągania na wierzch wszystkich brudów rodzimego futbolu i perwersyjnego się w nich nurzania. To właśnie w tym trendzie, jak w żadnym innym, wszyscy zgadzają się ze sobą. Wystarczy prześledzić, heh, dyskusję pod dowolnie wybraną wypowiedzią jego prominentnych twórców, czy też zwrócić uwagę na to, że odrębne zdania w tym kręgu praktycznie nie występują. A jest - i będzie! - dalej, cóż, jak było.
Jak już pisałem, pomysły wielu osób, które zamierzają uczestniczyć w piłkarskim Okrągłym Stole, są mi zupełnie obce. Niektórym wręcz zdecydowanie się sprzeciwiam, o czym kilkakrotnie tu pisałem. Niemniej jednak, są to jakieś idee, posiadające pewną (mniejszą, czy większą) wartość merytoryczną. I tym zdecydowanie różnią się od labiedzenia co poniektórych redaktorów GW. Tak, tej samej GW, która od lat stawia się w roli jedynej uprawnionej do reformy tego, co przecież między innymi sama zepsuła.
Wydaje mi się zatem, że jedyne, co spowodowało opętańczy atak J.S. na inicjatywę Canal+, to zwykła, ludzka zawiść. Złość dziecka odrzuconego przez podwórkowe towarzystwo, które nie chce rozpieprzać grabek i utyskiwać nad ich mizerią. Zamierza natomiast podjąć próbę choćby częściowego posprzątania piaskownicy. Uda się, nie uda - spróbować warto.
____________
albiceleste10
Co ja tu będę ściemniać: czekałem na tę chwilę od powrotu Cracovii do Ekstraklasy. Pięć długich lat z hakiem. Ale wreszcie się doczekałem.
W chwili obecnej nie jestem, tak z ręką na sercu, w stanie napisać o 180tych derbach Krakowa nic, co mogłoby mieć jakiś pozór obiektywizmu. Wydaje mi się, że rację ma współkomentujący mecz Jerzy Brzęczek, który twierdził, że Wisła grała kompletnie nie tak, jak powinna. Granie balonów na Piotra Brożka i Patryka Małeckiego, którzy od Piotra Polczaka i Marka Wasiluka są niżsi o jakieś trzy głowy, pozbawione było elementarnego sensu. Podopieczni Skorży powinni byli grać szybko i płasko. Czyli tak, jak zaczęli, gdy do ataku przesunięty został rosły Marcelo. Wydaje mi się, że Pasy zagrały wyśmienicie w sensie taktycznym. Każdy robił to, co miał robić i - pomijając kilka pomniejszych wpadek - robił to dobrze. Dość powiedzieć, że w końcówce, mimo świetnej zmiany Boguskiego, byłem dziwnie spokojny, że to skromne prowadzenie uda się dowieźć. Ba! Byłem nawet zdziwiony, że nie udało się go powiększyć. Ale może to tylko ja. Ostatnim, wydaje mi się, że Jirsak powinien był wylecieć z boiska. Trochę zły byłem na sędziego Gila, gdy nie pokazał mu żółtej kartki już po bardzo brzydkim faulu na Golińskim. Zwłaszcza, że kilka chwil później za znacznie mniej paskudne przewinienie do notesu trafił Mierzejewski.
Dwie szybkie, gorące refleksje: po pierwsze, hasełko scio nihil scire, wywołane przez selekcjonerski dwudebiut Franciszka Smudy, obowiązuje jak najbardziej także w przypadku Cracovii. Baaardzo chciałbym wierzyć, że dwa (wyjazdowe!) zwycięstwa z rzędu, zupełnie zasłużone, oznaczają, iż Orest Lenczyk wreszcie zdołał poukładać klocki w taki sposób, że teraz Pasy zaczną grać i - przede wszystkim - osiągać wyniki na miarę możliwości. Czyli, że wreszcie można będzie zacząć patrzeć z optymizmem do góry, nie z przerażeniem w dół. Ale... poczekajmy do meczu z Piastem.
Po drugie: krokodylion razy dziwiłem się tym wszystkim, którzy twierdzą, że polska liga nie jest interesująca. W razie czego, jestem gotów zdziwić się po raz kolejny. W zeszłym sezonie do samego końca był jeden, no, może dwa zespoły, które nie walczyły o nic. Zarówno o mistrzostwo/puchary, jak i o utrzymanie toczyła się zacięta rywalizacja. W tym, po falstarcie Lecha i Legii, wydawało się, że Wisła spokojnie przespaceruje się po kolejny tytuł. Mało kto przecież brał (i bierze) na poważnie Ruch i Polonię Bytom. Tymczasem na kolejkę przed końcem pierwszej rundy prowadząca Biała Gwiazda ma ledwie sześć punktów przewagi nad piątym Lechem. A dziewiątego Piasta i piętnastę Dyskopolonię dzielą zaledwie cztery oczka. Jasne, obie śląskie rewelacje sezonu faktycznie chyba się troszkę zasapały. Nie da się też ukryć, że to Wisła, mimo dwóch prestiżowych porażek z rzędu, wciąż pozostaje głównym kandydatem do tytułu. Ale tabela mówi, że jeszcze będzie się działo.
____________
albiceleste10
Chwilę po meczu na Stade de France Paweł Czado zasugerował, że powtórka tego skandalicznie zakończonego spotkania byłaby rozwiązaniem najbardziej fair (a przy okazji przysporzyłaby Francuzom nieśmiertelnej chwały). Następnego dnia oficjele irlandzkiego ZPN podchwycili pomysł (przy okazji wydało się, że dzień w FAI zaczyna się od lektury Czadobloga, co się, rzecz jasna, chwali) i wystosowali odpowiedni wniosek do FIFA. Idea biegła internet, na Facebooku powstała nawet spora grupa wsparcia dla idei. A wraża FIFA się nie zgodziła.
I dobrze.
Mecz Francja-Irlandia oglądałem z odtworzenia, znając wynik i sposób, w jaki padł wyrównujący gol dla Les Bleus. Tym bardziej współczułem podopiecznym Trappa, wiedząc, że ich heroiczne wysiłki summa summarum pójdą psu na budę. Też uważam, że rozegranie tego spotkania po raz drugi byłoby wyjściem najbardziej sprawiedliwym. Pod jednym prostym warunkiem: inicjatywa wyjdzie od Francuskiej Federacji Futbolu. Wtedy, jak pisze Michał Kiedrowski, sprawę dałoby się nawet załatwić bez udziału FIFA i postawić światową centralę piłkarską przed faktem dokonanym.
Natomiast w żadnym innym wypadku nie powinno być mowy o powtarzaniu spotkania. Nie może być tak, że każdy zespół niezadowolony z pracy arbitrów podnosić będzie podobne żądania. Jasne, ręka Henry'ego - dwukrotna! - była absolutnie ewidentna, a błąd sędziego, czy też całej trójki sędziowskiej, polegający na jej niedostrzeżeniu, zdecydowanie wypaczył wynik spotkania. Jednakowoż podobne sytuacje rzadko są równie oczywiste. Czy też może są, ale wyłącznie dla "pokrzywdzonych", natomiast wśród niezaangażowanych wywołują zróżnicowane reakcje. Żeby oprzeć się na powszechnie znanym przykładzie: czy rewanżowy półfinał poprzedniej edycji Ligi Mistrzów pomiędzy Chelsea, a Barceloną powinien zostać rozegrany ponownie? Cóż, kibice i sympatycy the Blues powiedzą, że pozostaje to poza wszelką wątpliwością. Zawtórują im tłumy anglofilskich zaczadzeńców. Tymczasem wystarczy odrobinę chłodniejsze spojrzenie i okazuje się, że Tom Henning Ovrebo mylił się w tamtym spotkaniu na korzyść obu drużyn i wcale nie tak często, jak to się na pierwszy rzut oka wydawało.
A co zrobić z meczami, w których błędy arbitrów były znacznie mniej rażące i w pierwszej chwili wywołały o wiele słabsze kontrowersje, ale ich wpływ na wynik spotkania był równie mocny? Wyobraźmy sobie taką sytuację: W meczu FC A z KP B sędzia przyznaje aut drużynie gospodarzy, choć powinno być odwrotnie. Zawodnik klubu A wyrzuca piłkę do swojego skrzydłowego. Ten centruje w pole karne, jednakże futbolówka nie trafia do żadnego z kilku jego kolegów zgromadzonych w szesnastce, a wprost w rękawice bramkarza klubu B. Ten dalekim wykopem uruchamia kontrę. Kończy się ona zdobyciem gola przez przyjezdnych, którzy ostatecznie wygrywają mecz 1:0. Ale... Ale FC A domaga się powtórzenia spotkania. Przecież gdyby sędzia przyznał w wiadomej sytuacji aut gościom - jak, przypomnijmy, powinien był uczynić - gospodarze ani chybi zdążyliby poustawiać się w defensywie, nie straciliby gola i uratowali co najmniej punkt.
Co więcej, należałoby dopilnować, aby zespół, który przy pomocy sędziego wygrał mecz, a teraz przychyla się do prośby o powtórkę - bądź zgoła sam z taką występuje - nie miał w tym jakiegoś wcale niekoniecznie szczytnego interesu. Wróćmy do poprzedniej sytuacji. B wygrało, ale walczy o mistrzostwo z C. Idą łeb w łeb, bilans bramek może się ostatecznie okazać kluczowy. No a C tego samego dnia rozbiło D 6:1...
Że te przykłady są absurdalne? E tam. Całkiem niedawno pewien klub zażyczył sobie (i dostał!!!) horrendalnego odszkodowania za spadek z ligi uznawanej za najlepszą na świecie. Motywował swój wniosek tym, że w jednym meczu w barwach rywala w walc o utrzymanie zagrał nieuprawiony zawodnik...
Włodarze FIFA utrzymują, że powtarzanie spotkań wprowadziłoby chaos w rozgrywki. I - gdyby się nad tym głębiej zastanowić - mają rację. Łatwo przecież sobie wyobrazić sytuację, w której np. jakieś lokalne derby powtarzane będą po kilkanaście raz, bo wciąż któryś z rywali - jak to po derbach - będzie miał jakieś anse. Czy to będzie jeszcze piłka nożna, czy już przepychanki Karguli i Pawlaków wadzących się z powodu, który dawno został zapomniany? Co więcej, nawet bez derbowych podtekstów zaistniałby stan niepewności. Obecnie decyzja sędziego - prawidłowa, czy nie - jest ostateczna i, przynajmniej w teorii, zamyka sprawę. Gdyby FIFA zezwoliła na powtórzenie meczu Francuzów z Irlandczykami, powstałby precedens, który wywróciłby ten stan do góry nogami.
A tak nieco na marginesie, w omawianym spotkaniu potwierdziły się co najmniej dwie stare piłkarskie prawdy:
1. W dłuższym okresie bilans fuksa i pecha zwykle się wyrównuje. Pisze o tym Michał Pol. Swoją drogą, jest to prawda nie tylko futbolowa.
2. 1:0 to g..., nie wynik, zwłaszcza, gdy musisz wygrać. Również za Michałem trafiłem na wypowiedź Roy'a Keane'a. Mówi on, żeby jego rodacy pozostawili Henry'ego w spokoju i skupili się na własnych błędach. Co by nie mówić o motywacji, jaka tak naprawdę kieruje ekskapitanem reprezentacji Irlandii, w jego słowach jest sporo gorzkiej racji.
____________
albiceleste10
Muszę się przyznać do czegoś być może niezbyt chwalebnego: organicznie nie cierpię kotów. Dlatego też powiedzonko o pierwszych kotach za płoty zawsze cieszyło się moją sympatią. Nie wiem co prawda, jaki jest jego źródłosłów, jednakże wyobrażenie kilku śmierdzących sierściuchów przelatujących ponad ogrodzeniem wydaje mi się wyjątkowo ujmujące. Dodatkowo frazeologizm o kotach za płotem ma ten walor, że idealnie pasuje do obecnej sytuacji piłkarskiej reprezentacji Polski.
Po ostatnim gwizdku w meczu z Kanadą wydałem z siebie głośne „ufff!" Nie dlatego, że wygraliśmy (choć może po trosze też). Dlatego, że się skończył i dalej wiadomo, że nic nie wiadomo. To wbrew pozorom dobrze. A przynajmniej mogło być znacznie gorzej. Mogło się okazać, że nawet taki wulkan entuzjazmu, jak Franz Smuda, nie jest w stanie ożywić atmosfery wokół Biało-Czerwonych. Mogło - było to mało prawdopodobne, ale zawsze - wyjść na to, że labiedzące sieroty po Beenhakkerze mają rację i polscy reprezentanci nie nadają się już absolutnie do niczego. I jeszcze parę innych rzeczy też mogło.
Mogło się też w zasadzie okazać, że jedno zgrupowanie wystarczy nowemu selekcjonerowi do kompletnej odmiany oblicza reprezentacji. Prościej: Smuda mógł udowodnić, że naprawdę jest cudotwórcą. Ale... czy aby na pewno? Powiedzmy sobie szczerze: Franciszek Smuda został gospodarzem domu, w którym potrzebny jest baaardzo gruntowny remont. Nie na gwałt, bo na gwałt po prostu się nie da. Zbyt długo paskudził w nim poprzedni gospodarz (nie, nie mam na myśli Majewskiego;) Zbyt mocno napaskudziła swymi idiotycznymi pociągnięciami (i tu już Majewskiego podciągnąć się da, jak najbardziej) administracja osiedla. Wreszcie swój kamyczek (kamyczek?! tonę gruzu!) do ogródka dorzuciła banda niesfornych gości. W tym sensie „pierwsze koty za płoty" można by zrozumieć jako wymiatanie z budynku pierwszych kłębów nawarstwionego kurzu.
Nie mam zamiaru ukrywać, że całym sobą jestem za Smudą. Dlatego, że to charakterny facet, który naprawdę długo i wytrwale czekał na swoją szansę. I zasługiwał na nią jak nikt inny. I jeszcze dlatego, że współczuję mu trudów sprzątania tego bajzlu w naszej reprezentacyjnej chałupie. Po meczach z Rumunią i Kanadą daleko mi - rzecz jasna - do hurraoptymizmu. Ale jakaś iskierka się zatliła.
No to co, panie Franz? Za kark sierściucha i na ulicę! ;)
Znowu błoto?
Znalazłem ostatnio na Sportowo-blondynkowo (polecam!) link do tekstu w sprawie Euzebiusza Smolarka. O samym Ebim wypowiem się zaraz u Pasjonatki, natomiast w linkowanym artykule zaintrygował mnie taki oto fragmencik: - Najlepszy piłkarz CSKA dostaje 6 tys. /euro miesięcznie - przyp. a-c10/ Od klubowego działacza usłyszałem, że gdyby Smolarek zszedł do 10 tys., może udałoby się dogadać - mówi "Gazecie" bułgarski dziennikarz. Sześć tysięcy miesięcznie to siedemdziesiąt dwa tysiące rocznie. Tylko siedemdziesiąt dwa tysiące. Ba, nawet „gwiazdorska" gaża, jaką ewentualnie CSKA gotowy byłby zaproponować Smolarkowi, to jedyne sto dwadzieścia tysięcy w eurowalucie per annum. Grosze! Marne grosze! Przecież szanujący się polski ligowiec za takie drobniaki nawet by korków nie raczył wzuć...
Pisałem kiedyś o błocie, w jakie czołowe polskie kluby wrzucają astronomiczne kwoty. Patrząc zarówno na ostatnie osiągnięcia, jak i historyczne wyczyny, CSKA Sofia mógłby spokojnie patrzeć na te kluby z góry. A przecież trzydziestojednokrotni Mistrzowie Bułgarii nie są w skali kontynentu jakimiś tuzami...
____________
albiceleste10
Jest sobie takich dwóch trenerów-menedżerów. Jeden nazywa się Alex Ferguson. Drugi - Arsene Wenger. Wydaje mi się wielce prawdopodobne, że słyszeliście już o nich słówko, czy dwa. Ograniczę się zatem do omówienia podstawowych faktów. Mimo niegdysiejszych animozji (ostatnio jakby się uspokoiło), obu panów zdecydowanie więcej łączy, niźli dzieli. Po pierwsze, obaj są nestorami angielskiej (i nie tylko) piłki klubowej. Gdyby przełożyć uwarunkowania futbolowe na realia historyczne, wyszłoby, że pierwszy objął rządy na Old Trafford jakoś w okolicach zamachu na arcyksięcia Ferdynanda, drugi zameldował się na (podówczas) Highbury, gdy premierem Wielkiej Brytanii wciąż jeszcze był Winston Churchill. Po drugie, przez ten szmat czasu, jaki minął od ich zatrudnienia, obaj zaliczyli sporo sukcesów (Ferguson niby więcej, ale i Wenger w tym temacie nie poleciał sroce spod ogona), a także dorobili się w swych klubach - a kluby to, cóż, nie w kij dmuchał - statusu drugich po Bogu, albo i lepiej. Niemniej jednak, dominujące w zestawieniu obu panów wydaje się podobieństwo numer trzy, czyli... bezdenna głupota.
Tak przynajmniej można by wnioskować z lektury wywiadu z niejakim Wojciechem Szczęsnym, który pojawił się dziś na sport.pl. Czynny wkład w/w zawodnika w seniorski futbol jak do tej pory pozostaje nader mizerny (ja już zresztą o tym pisałem). Natomiast działania reprezentanta Polski (trenerze Smuda, pan to tak na poważnie?) na polu teorii nabierają coraz większego rozmachu. Otóż Szczęsny jr utrzymuje, że jest lepszy od Vito Mannone, który stawał w bramce Arsenalu, gdy kontuzjowani byli Manuel Almunia i Łukasz Fabiański. Uważa, że fakt, iż przegrał rywalizację z Włochem wynika wyłącznie z nieuczciwego traktowania. No głupi ten Wenger, po prostu! Miał pod ręką asa światowego goalkeepingu, a postawił na typa, który w rankingu włoskich bramkarzy zająłby pewnie (strzelam) zaszczytną sześćdziesiątą ósmą lokatę. Wychodzi więc na to, że fakt, iż Kanonierzy rokrocznie plasują się wysoko w lidze, a także daleko zachodzą w LM to nie dzięki temu idiocie Wengerowi, a raczej mimo niego!
Jakby tego było mało, Wojtuś wplata w swoje rojenia kolegę z kadry, Tomka Kuszczaka i sugeruje, iż ów przegrywa z Benem Fosterem wyłącznie dlatego, że ten jest Anglikiem. Jeśli zatem Wenger jest idiotą, jak określić Fergusona??? Przecież to Szkot! Dlaczego, do ciężkiej cholery, zależy mu na dobru reprezentacji Anglii?! Powinien przecież dokładać wszelkich starań, żeby tym znienawidzonym ciemiężcom jak najczęściej powijała się noga. Zresztą, dlaczego w ogóle zależy mu na dobru jakiejkolwiek reprezentacji? Nosz %#!*#, facet jest trenerem klubowym, powinien mieć na uwadze zasrany interes swojej drużyny. I tylko!!!
Tak sobie myślę pośród tych fantasmagorii, że jak kiedyś grywałem w piłkę na podwórku, stosunkowo często widywałem takich Wojtusiów. Raczej niby bywali napastnikami, ale i pośród bramkarzy się zdarzało, że jakiś taki, zamiast wziąć dupsko w garść i grać, siedział obok boiska i opowiadał każdemu, kto chciał słuchać (czyli zwykle sam sobie) o tym, jaki to on jest fantastyczny, a ci, co to się załapali do drużyny, do niczego się nie nadają.
Kurczę, jakoś żaden z nich nie zrobił kariery. Żaden z nich nie zrobił nawet karierki. Bo bajeczki, choć piękne, szybko się kończą.
Cyt. Iskierka zgasła.
____________
albiceleste10
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 8004
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Mocno subiektywne przemyślenia. Najczęściej nieuczesane. Zwykle o sporcie, zwłaszcza o futbolu.